Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2009

Trochę o informatykach

Mam czasem wrażenie, że informatykowi blisko jest do Pasztuna. Jest dumny z tego co robi, przesiaduje przez długi czas w jednym miejscu, o kobietach wie, że istnieją, chodzi obładowany gadżetami, źle się ubiera i potrafi przez całą noc farmazonić o rzeczach, które są ciekawe tylko dla niego i jemu podobnych. Mówi się też, że informatycy są nudni i notorycznie nie mają czasu. Złośliwi ludzie umieszczają nawet w internecie, zdjęcia tego typu, podpisując je "Impreza u informatyków"



Lub inne opisujące styl życia informatyka...



Skandal!

Tak naprawdę to odsetek nudnych osób wśród informatyków jest porównywalny do tego właściwego do innych zawodów. Co do braku czasu to już gorzej. Prawdopodobnie wynika z tego, że nie jest dziedzina nauki, której przedmiotem jest obiekt namacalny. Problem można sobie zobrazować na przykładzie. Jeśli inżynier budownictwa ma problem z pustakiem to może go wziąć, pomacać i stwierdzić wręcz ogranoleptycznie, gdzie jest problem. W informatyce jest inaczej, pracuje się na kodach, pewnych ontologiach i na różnych poziomach abstrakcji, które można ogarnąć tylko wtedy, kiedy potrafi się myśleć abstrakcyjne, a to już nie takie łatwe jak ...pomacać pustaka. Stąd, rozwiązywanie problemów jest dużo trudniejsze i wymaga większego nakładu czasu. Mnogość problemów z którymi musi się zmierzyć w pracy, dodatkowo powoduje pewne schorzenie zawodowe - stoicki spokój i przesadną cierpliwość. Przydaje się, gdy się stoi w kolejce w warzywniaku, gorzej w życiu, gdzie czasem trzeba komuś powiedzieć, żeby spadał...

Dla nieświadomych społecznie i technicznie, którzy naglę się oburzyli i zaczną krzyczeć "No jak! A drukarki nie może dotknąć i naprawić!?" Odpowiem krótko - douczcie się grzmoty peruwiańskie. Informatyk - programista, projektant czy architekt systemowy to nie koleś od drukarek! Tak gwoli ścisłości :)

Wszystkie wyżej wymienione myśli są powierzchowne, mogą mieć pewien wpływ na to kim jest informatyk. Jak się tak dobrze przyjrzeć to problem leży, gdzie indziej. Pasja i misja to słowa klucze, które determinują działania informatyka. Tutaj tkwi sedno. Tworząc nawet najbardziej wyrafinowane systemy, które mają posłużyć setką tysięcy ludzi, co chwilę napotyka się na jakąś słabą ludzką myśl, funkcjonalność, która posłuży bardziej wydajnej pracy, zarabianiu pieniędzy, biznesowi. To słabe, bo nie powinno się wkładać dużej części swojego życia jaką jest praca w coś co ma na celu zarabianie pieniędzy. Drugą sprawa to świadomość mechanizmów, które funkcjonują na świecie. Kiedy przeczytałem "Samotność w sieci" byłem spocony i nie mogłem zasnąć. Zafascynowało mnie tworzenie algorytmów analizujących kody DNA ...teraz po kilku latach wiem, że stworzenie lekarstwa na raka jest problemem informatycznych, obliczeniowy i że problem ten został dawno rozwiązany. Dlaczego nie ma jeszcze lekarstwa na raka? Równie dobrze można zapytać o to co było celem wojny w Iraku. Właśnie ta świadomość jest zabójcza.

Medycyna, gdybym mógł zrestartować swój żywot, to właśnie wybrałbym tę drogę. Tylko medycyna i nauki medyczne określiły właściwie swój cel. Jedyny słuszny, jedyny, który stawia dobro człowieka na piedestale.

Z perspektywy osoby nie związanej z medycyną, zawsze będzie zagadką to co czuje chirurg, po kilkonastogodzinnej operacji obcego człowieka. Co czuje kardiolog, który bez fochów, wstaje o piątej rano, żeby pojechać na izbę przyjęć. Informatyk nigdy się tego nie dowie, a większość z nas nie wstanie o piątej rano, żeby naprawić błąd w systemie, a jeśliby wstał to kląłby niemiłosiernie.

Pozostaje przemilczeć i nie myśleć o tym.

sobota, 9 maja 2009

Bilard

Były kiedyś takie czasy, że tydzień bez partii bilarda był tygodniem straconym. Wyjścia na bilarda były tak częste, ze kilku z moich znajomych zainwestowało we własne bajeranckie kije. Wszystko zmieniło się, kiedy przeniesiono lokalizację miejsca naszej pracy. Od tej pory bilardowe wieczory są wydarzeniem sporadycznym, przede wszystkim ze względu na problematyczny dojazd do klubu bilardowego. Po dłuższej wymianie mejlowej udało się jednak zorganizować wyjście do Zakręconej Bili w czwartek, co groziło kacem i bólem głowy w piątek. Ryzyko było akceptowalne, szczególnie, że skumulowało się kilka okazji, za które należało się stuknąć kuflem. Spotkaliśmy się w starym składzie - Michał, Piotr, Tomek i ja. Część z nas poznała się jeszcze w kultowym już pokoju 204 w Spółdzielni Samopomoc Chłopska "Rolnik" na Placu Wolności. Pracowaliśmy wtedy pod okiem równie kultowego Jakuba "bez ciśnienia", "się pływa, się skacze" G. Jakub już od dłuższego czasu nie pracuje z nami, ale zawsze na tych spotkaniach jest miło wspominany i obowiązkowo piejmy za niego, żeby mu dobrze w żagiel wiało. Kontynuując wątek, Jakub jest już chyba ostatnim kowbojem wśród informatyków. Przez swój styl bycia, jedni go nienawidzą a drudzy ubóstwiają, dla mnie był i jest wzorem tego w jaki sposób być świetnym specjalistą i czerpać garściami z życia to co najlepsze, dlatego zawszę chętnie wypiję jego zdrowie.

Z lekkim poślizgiem, wraz z Tomek dołączyliśmy do grających już Michała



i Piotra.



Po Michale zawsze widać, że wkłada w grę całe serce, Piotr to również matematyk, więc kąty uderzeń ma dobrze obcykane. W tym składzie partie, zawsze są zacięte.



Wzorcowe ułożenie dłoni i postawa przy uderzeniu.



Przyszła kolej na mnie i Tomka. Rozbijał niższy.



Tomek, nigdy się nie przyznaje, ale wszyscy wiedzą, że jest perfekcjonistą, dlatego nawet ubrał się stosownie do gry w bilarda.



Ja również co jakiś czas coś wbijałem.



Problem polega jednak na tym, że dostateczny poziom skupienia zachowuje przez pierwsze dwie, trzy gry. Potem, dostaje sromotne baty, a moje zagrania wzbudzają salwy śmiechu



Po jakimś czasie odwiedziła nas Patrycja, więc skończyło się bezpardonowe klniecie na stół czy kij po nieudanym zagraniu. Dziwna sprawa, bo od kiedy Patrycja przyglądała się grze, wszystkim, a szczególnie Piotrowi jakby lepiej szło. Zastawiające.



Wieczór zakończył się na rozmowach o pracy i tematach pobocznych. Czyli tak jak zazwyczaj, ale i tak było dużo śmiechu.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Gokarty

W ramach słynnego, trzyliterowego projektu odbyła się impreza integracyjna, która miała również na celu podnieść morale w zespole. Główną atrakcją 'eventu' były wyścigi na torze gokartowym World Karts w dawnym Kinepolis.

Najpierw podchodzi się do komputera przy kasie, gdzie wpisuje się swoje dane osobowe, pseudonim i strzela sobie fotkę, która potem jest wyświetlana na monitorach. Potem, łysawy gostek wystawia kwity, wydaje kombinezon, kominiarkę i kask, po czym śmiga się do szatni.

Gdy już wszyscy się przebrali i dostatecznie nagrzali żeby się ścigać, zostaliśmy przeszkoleni z flag. Flag, które mogą pojawić się na torze jest kilka, a najciekawsza z nich to czarna, która oznacza dyskwalifikację i karencję w wyścigach od "tygodnia do końca życia". Szkolenie prowadził człowiek, który mówiąc lekko wrzeszczał i na każdym kroku starał się pokazać jaki jest męski. Zawsze mnie śmieszą tacy leszcze. Już mnie nawet kusiło, żeby powiedzieć mu "Oh, żeby mój Roman był taki..."

Usiadłem za kierownicą, 'Męski' włączył silnik. Pojawiła się lekka trema i zdenerwowanie. To był mój drugi raz na gokartach ale mimo to emocji było wiele, fajnych emocji. Pierwsze kółka pojechałem asekuracyjnie, przejeżdżając je z czasem czysto paraolimpijskim. Potem już grzałem ile tylko można było wycisnąć z gokarta

Po drugiej turze pojawiły się pewne znaczące wnioski co do osiągów poszczególnych bolidów. Najmocniejsze są gokarty z numerem 1, 13, 15. Dlatego, warto się właśnie na nie załapać.

W ostatnim wyścigu brał udział Jędrzej, który wcześniej uparcie twierdził, że wyścig bez kraks lub karamboli jest słaby. Przyglebił w kogoś już na drugim okrążeniu, zaraz po zjeździe z prostej. Na nieszczęście jechałem za nim i również w niego delikatnie uderzyłem. Obróciło mnie bokiem i wtedy pojawił się strach w moich oczach, na pełnej prędkości zmierzał w moim kierunku gokart. Pomyślałem, że to już mój koniec, że właśnie tu na torze zejdę, że jakie to piękne i bohaterskie, że będą mnie wspominać "Tomek, tak pamiętam zszedł na torze podczas wyścigu". Kiedy już kończyłem godzić się z życiem, wybaczać wrogom, pisać pożegnalne sms'y do białogłów, poczułem uderzenie. Najpierw o kierownice, potem o bandę a na koniec o siedzenie. I tu zaskoczenie, bo nic mi się nie stało i dalej było fajnie.

Dałem ciała na tych wyścigach. Byłem dopiero 9'ty z czasem 29,567 sekundy. Lipa i osobisty dramat. Wygrał Przemo, zwany pieszczotliwie 'Cwaniakiem'. Tak czy inaczej "stówka" dla Przema się należy.

Tyłek. To hasło klucz następnego dnia. Boli, i jest to ból tych mięśni o których wcześniej nie miało się pojęcia. Ta niezwykle ważna część ciała w życiu informatyka (Bez insynuacji proszę! Chodzi o siedzący tryb pracy.) boli i nie można wysiedzieć dłużej niż pół godziny.

Reasumując, świetna zabawa i dużo emocji. Polecam tym, którzy nie byli.

środa, 25 marca 2009

Otwarcie Galerii Malta w Poznaniu

Dnia 25 marca 2009 otworzono kolejną galerię handlową w Poznaniu. Galeria Mata jest duża, ładna, świeci, w nocy i ma podobno największą spośród największych szybę w galeriach handlowych. Nawet robi wrażenie jak na szybę. Problem polega na tym, że Galeria Malta wytyczyła nowy ciąg komunikacyjny na trasie Piątkowo - Galeria Mata. Ciąg ten pokrywa się niestety z moją drogą do pracy. Dzień w którym otwierano Galerię Malta rozpoczął się dla mnie standardowo, czyli od wielokrotnego, panicznego chowania budzika pod poduszkę. Po uświadomieniu sobie, że dzisiaj nie jest jednak sobota lub niedziela wyszedłem zniesmaczony z mieszkania zabierając worek ze śmieciami. Problematyczny dzień zapowiedział już ów worek ze śmieciami. Nie wiem, dlaczego mam taki brak wyczucia co do momentu wyrzucenia śmieciowego worka do śmietnika. Przez tą niedoskonałość okresowo paraduje po sklepach z workiem ze śmieciami. Tym razem dotarłem z workiem do przystanku autobusowego. Po chwili przyjechał autobus i dopiero przy wsiadaniu zwróciłem uwagę na szeleszczący balast w mojej dłoni. No cóż, poszedłem do śmietnika wyrzucić worek. Następny autobus przyjechał po ok 15'stu minutach - pełny gimnazjalistów jadących do Galerii Malta. W połowie drogi autobus się zepsuł, kierowca walczył z drzwiami, ktoś ustawicznie napieprzał mnie plecakiem, a jeden z gimnazjalistów zastanawiał się głośno jaka to rzeka płynie za oknem - "Może to Warta, nie, nie to nie może być Warta" - osobisty dramat. W końcu zagadałem - "Może Odra? Jesteśmy praktycznie poza Poznaniem". Gimnazjalista zastanowił się dłużej po czym stwierdził coś w stylu - "Nie, nie to niemożliwe, Odra jest przecież na wschodzie!". Co tu dużo mówić, gdzieś w edukacji tego młodego człowieka popełniono błąd. Przy tej okazji, przypomniała mi się sytuacja z lekcji geografii w podstawówce. Na lekcjach geografii byliśmy pytani z tzn 'mapy'. Czyli pani rzucała hasło, a my mieliśmy pokazać to wskaźnikiem na mapie. Odpowiadała Maja i miała pokazać GOP (Górnośląski Okręg Przemysłowy), ale coś nie bardzo była w temacie. Podpowiadam jej z ławki - "Dużo czerwonego, dużo czerwonego!" - no bo tam jest dużo miast. Maja krążył wskaźnikiem, aż w końcu znalazła kawałek, gdzie było dużo czerwonego. Przetarłem oczy i myślałem, że śnie. Maja dumnie wskazywała - Berlin :). Anyway. Gdy kierowca autobusu wygrał z niezamykającymi się drzwiami, dojechałem, trącany plecakiem do mojego docelowego przystanku. Czekała mnie przesiadka w tramwaj. Udało mi się wsiąść dopiero za drugim razem. Wysiadłem przy Politechnice i wkroczyłem w tłum zombi zmierzających do Media Expert po iluzorycznie przecenione czajniki, telewizory, okapy, maszynki do mięsa itp. Po niecałych 20'stu minutach byłem mniej więcej na wysokości wejścia do Galerii Malta, przebijając się dalej w kierunku miejsca pracy. Nadeszła oczekiwana przez wszystkich godzina 10:00, czyli moment otwarcia Galerii Malta. Wtedy dopiero zaczęła się rzeź w czystym tego słowa znaczeniu. Krzyki, przepychanie, piski. Balcerek z serialu Alternatywy 44 skomentowałby to pewnie podobnie jak reprodukcję Bitwy pod Grunwaldem wiszącą u towarzysza Winnickiego - "u nas na Targówku też jest taka bitwa, jak rzucą balerony do rzeźnika, tyle że bab jest więcej..."

Czas dotarcia do pracy godzina i 30 minut.

Z pracy wróciłem ok 20:30, prosto do siłowni, gdzie jakiś koks z własnej woli przyglądał się moim ćwiczeniom i radził "bardziej wyciskać na wydechu" I co takiemu powiedzieć - "Spieprzaj dziadu!"?