Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznań. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2009

Urlop


Był wtorek, grubo po północy. Zasypiałem ze słuchawkami na uszach, grzejąc się po ponad godzinie siedzenia i wpatrywania się w niebo nad Rusałką. Byłem spokojny i wyciszony. Każdy dźwięk wydobyty kiedyś spod dłoni Alexandre Desplata i utrwalony na ścieżce do Malowanego Welonu docierał do mojego umysłu najgłębiej jak tylko mógł, powodując przyjemne ciarki na plecach oraz przywołując miłe wspomnienia czasów, gdy pierwszy raz je usłyszałem. Mogłem sobie na to wszystko pozwolić, bo wiedziałem, że tej nocy nigdzie mi się nie spieszy, niczego nie muszę zrobić, żadnej ze spraw zawodowych nie muszę przemyśleć, bo już następnego dnia miałem pierwszy od wielu miesięcy dzień wolny - urlop :) (tak to się pisze?) I to cały dzień! Pięknie!

...

Jakby ktoś olbrzymowi golił brodę z dupy, żesz ja pierdolę! Kretyn goli trawnik golareczką na kiju, chyba do golenia.

To słowa Adasia Miałczyńskiego z filmu Dzień Świra, które idealnie wpasowują się w moją pierwszą myśl o ...7:45 rano w dniu mojego upragnionego dnia wolnego.

Całą wiosnę i całe lato pod moim oknem leniwie rosły sobie chwasty i trawa, a te grzmoty peruwiańskie musiały wziąć się za strzyżenie trawnika, akurat teraz!



Tym? Tą?


środa, 29 lipca 2009

Klucz

Poszedłem pomachać na siłownię. Gdy już zrobiłem, co zrobić miałem, poszedłem się przebrać do szatni. Przez przypadek włożyłem kluczyk do nie swojej szafki i przekręciłem. Klucz się zaciął. Kręciłem w prawo w lewo, próbowałem wyciągnąć ten pieprzony kluczyk. Po kilkudziesięciu minutach, zaczynałem się poddawać. Musiałem iść do recepcji i powiedzieć co się stało. Z tym był trochę problem, bo nie wiedzieć, dlaczego w recepcji siłowni, pracują ..modelki. Za każdym razem, gdy idę na siłownie to siedzi inna laska, zawsze wyglądająca jak z okładki Cosmopolitan. Poza tym, kręcą się tam zawsze karki z sekcji rugby, a rozmowy w recepcji są na poziomie:

Recepcjonistka: "Wow, a Wy tak w burzy gracie, nie boicie się?"
Kark: "No wiesz mała, to jest pierwsza liga, to nie gra dla chłopczyków"

Czad :D

No trudno, poszedłem do recepcji:

Ja: "Mam problem, włożyłem kluczyk do nie swojej szafki i się zaciął"
Recepcjonistka: "Jak włożyłeś kluczyk do innej szafki?"

(Karki zaczęli się przysłuchiwać, czułem się jak idiota)

Ja: "Bo się pomyliłem"
Recepcjonistka: "Jak się pomyliłeś?"

(fuck! - w myślach)

Ja: "Pomyliłem się i włożyłem w inną szafkę, zaciął się i nie mogę wyjąć"
Recepcjonistka: "Ale po co wkładałeś klucz w nie swoją szafkę?"

(fuck! fuck! fuck! - w myślach)

Jeden z karków wstał i powiedział, że wyciągnie klucz. Poszedłem za nim, kark podszedł do szafki, załapał za klucz, przekręcił i wyciągnął (fuck!)

Strzeliłem od niechcenia:

Ja: "Dzięki..."
Kark: "Spoko, nie przejmuj się..."

Czułem się jakby mi dał po twarzy. "Dżizas, kurwa ja pierdole"

Wyzwanie

Była niedziela, pojechałem przejechać się na rowerze. Stałem sobie spokojnie nad Maltą, patrząc bezmyślnie na fontannę. Po chwili podjechał do mnie koleś na rowerze, ubrany tak, jakby zaraz miał startować w zawodach. Zapytał się, czy nie chciałbym się z nim przejechać. Ale w taki sposób, ze on będzie jechał, a ja mam mu dotrzymać kroku. Zgodziłem się bo i tak chciałem gdzieś pojechać.

Jechałem ledwo żywy za tym fagasem, ponad dwie godziny, po chaszczach, kałużach, pisku i ...drutach. Dojechaliśmy, aż do Pobiedzisk. Myślałem, że zejdę na tej trasie, gość cisnął niemiłosiernie. W Pobiedziskach ledwo żyłem, ale żeby sobie nie myślał to zaproponowałem, żeby teraz on dotrzymał mi kroku :D

Porobiłem go w puszczy Zielonki. Machnął ręką i się zatrzymał - bezcenne :)

Coś za coś. Następnego dnia czułem się jakby mnie przejechał tramwaj - nigdy więcej takich akcji!

niedziela, 28 czerwca 2009

Kiekrz


Dojechać rowerem z Poznania nad jezioro Kierskie jest dość łatwo. Licząc od parku Cytadela to niecałe 20 kilometrów. Jadąc z Poznania do Kiekrza mija się kilka ciekawych miejsc, a całą droga obfituje w jeziora, strumyki, górki i ...komary.

Trasa zaczyna się na Sałaczu, a konkretnie w najładniejszym moim zdaniem parku w Poznaniu, czyli w parku Sołackim.





Dalej, jedzie się w pobliżu obiektów Olimpii w stronę jeziora Rusałka. Mam co do Rusałki mieszane uczucia. Z jednej strony nie darzę tego miejsca sympatią, bo kojarzy mi się z grzmotami peruwiańskimi w błyszczących dresach, którzy wrzucili mi aparat do wody, razem zresztą ze mną, ale też z wielogodzinnym bieganiem i ogromnym wysiłkiem, bólem mięśni, potem i krystalizującej się na mojej twarzy szczypiącej soli. Poza tym po ścieżce wokół Rusałki, ludzie jeżdżą konno. To skutkuje tym, że jak się jedzie bardzo szybko rowerem w półmroku to można wyłapać na przednie koło końskiego "placka". Muszę przyznać, że nie jest to fajne uczucie :P. Z tej pozytywnej strony to mam z tego miejsca bardzo dużo miłych wspomnień. Głównie związanych z fotografią, takich jak czatowanie co ranek w sitowiu i polowanie na zimorodka (strasznie uparte stworzenie), czy podpuszczanie mrówek tak, żeby chodziły zgodnie z pomysłem na zdjęcie. Niby takie głupoty, jednak tak pochłaniały myśli, że problemy i stres życia codziennego znikał już po paru chwilach. Dodatkowo, wczesnoporonne przesiadywanie w chaszczach nad jeziorem, pozwala poznać naprawdę fantastycznych ludzi, zazwyczaj starych rybaków, którzy często przeżyli niezwykłe życie i są w stanie sprowadzić Cię na ziemie w kilku zdaniach. Warto było z nimi rozmawiać i czasem posłuchać.



Z Cytadeli do pomostu na Rusałce jest około siedem kilometrów. W dalszej drodze należy kierować się w kierunku Strzeszynka. Droga prowadzi mniej więcej takimi ścieżkami.



Warto zaopatrzyć się w okulary, nie wiem dlaczego, ale o tej porze fruwa, pełno czegoś takiego małego, czarnego i brzydkiego.



Z nad Rusałki do Strzeszynka jest prawie 7 kilometrów. To sporo i jazda jest trochę nudna, szczególnie, gdy jechało się tamtędy wiele razy. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić sobie zdjęcie jadąc na rowerze. Odpowiedź brzmi - nie jestem w stanie zrobić sobie zdjęcia jadąc na rowerze ;)



Jezioro w Strzeszynku mimo tego, że jest małe to ma swój urok, a plaże i restauracje jak na tak małe jezioro, są naprawdę fajne.







A teraz zagadka! Co na plaży w Strzeszynku robi facet z dzieckiem, żoną i z ...DVD?



Strzeszynek to był przedostatni przystanek przed Kiekrzem. Droga ze Strzeszynka do Kiekrza jest fajna, bo wysypana drobnymi białymi kamieniami, czyli czymś po czym jeździ mi się wybitnie dobrze.



Przed Kiekrzem jest przejazd kolejowy. Obok jest pole chwastów, przy odrobinie wyobraźni Prowansja jak się patrzy. Chwilę później na słuchawkach Streitenfeld ;)





Dojechałem nad jezioro w Kiekrzu, jak widać na zdjęciu jest dość duże. Przebywanie nad jeziorem w jednym miejscu okazało się praktycznie niemożliwe. Roje komarów nacierały z każdej strony, więc odpuściłem sobie podziwianie widoków i pojechałem dalej.



Wzdłuż jeziora prowadzi asfaltowa ścieżka, która co chwilę zahacza o plażę oraz budki z lodami i ...kebabem.



Nie bardzo chciało mi się zatrzymywać na którejś z tych plaż z uwagi na komary, jednak na jednej warto było się zatrzymać.



Jadąc do końca tą ścieżką wyjeżdża się na Dąbrowskiego, co było, przynajmniej dla mnie sporym zaskoczeniem.

Reasumując, warto psiknąć się czymś na komary i wybrać się w trasę Poznań - Kiekrz. To zaledwie 20 kilometrów, czyli akurat na popołudnie, a można zobaczyć wiele ciekawych miejsc.

Koniecznie na rowerze.




środa, 24 czerwca 2009

Duke Ellington & John Coltrane - In a Sentimental Mood

Są takie utwory, które usłyszy się, gdzieś przypadkiem i momentalnie przechodzą Cię ciarki po plecach. Po czasie, ciągle pamiętasz tą melodię i sytuację w jakiej ją usłyszałeś. Maria Peszek powiedziałaby może, że jarzą się i parzą jak druciki z miedzi. Zapadają w pamięci na zawsze i gdy tylko sobie przypomnisz melodię czy motyw z tego utworu to przypomina Ci się cała, często miła sytuacja. To działa trochę tak jak tłumaczą szamani od NLP - pokaż komuś świąteczną ciężarówkę Coca-Coli, a z pewnością się uśmiechnie. Nie możną mieć na własność szczęścia, więc dobrze, że są chociaż wspomnienia i utwory z którymi się kojarzą. Abstrahując już od wspomnień, "In a Sentimental Moods" Duka Ellingtona i Johna Coltrane jest po prostu genialny. Ten utwór usłyszałem ponad cztery lata temu w mojej ulubionej kawiarni Behemot w Poznaniu, urzekł mnie momentalnie. Żałowałem przez długi czas, że nie zapytałem wtedy o wykonawcę. Potem, usłyszałem "In a Sentimental Moods" w taksówce, wracając późno w nocy, po wejściu do mieszkania, szukałem tego kawałka prawie do rana, opisując na forach, melodię i wymieniając instrumenty, niestety bez skutku. Jakiś czas temu, stojąc w kolejce do kibelka w Dragonie poznałem Joannę, pogadaliśmy chwilę o muzyce, która właśnie leciała i poszliśmy załatwić sprawy, w kontekście których staliśmy. Po jakimś czasie ponownie spotkałem Joannę, znowu w Dragonie. Pograliśmy w piłkarzyki i zaczęliśmy rozmawiać - tylko o muzyce. Przez kolejne kilka "dragonowych wieczorów" spotykałem Joannę, która ciągle mi wypominała, że nie znam John Coltrane. Bez przerwy namawiała "Posłuchaj Johna Coltrane - jest genialny" Przestałem chodzić do Dragona i wszystkie te rozmowy i John Coltrane poszły w niepamięć. W niedzielne południe zazwyczaj słuchał audycji "Siesta - Muzyka Świata" prowadzonej przez Marcina Kydryńskiego w radiowej Trójce i właśnie podczas tej audycji w przerywniku była reklama Polityki z płytą Johna Coltrane. Pomyślałem wtedy "Aaaa, Coltrane!" i poleciałem po Politykę. Sam sposób grania Johna Coltrane na saksofonie wydał mi się znajomy. Poszukałem trochę na necie i przypadkiem trafiłem właśnie na recenzję płyty Duke Ellington & John Coltrane, klikałem w próbki utworów, aż w końcu trafiłem na pierwszy utwór z tej płyty. Boskie 4 minuty i 14'scie sekund "In a Sentimental Moods"


"In a Sentimental Moods" To dla mnie kwintesencja jazz'u. Prosty, przewodni motyw Duka Ellingtona otaczany i rozbudowywany przez Johna Coltran'a. Sama melodia, wyznaczona prostym, fortepianowym tematem Ellingtona, trochę tak od niechcenia, ale zaczepna i mająca coś takiego wyjątkowego, synchronizującego się z rytmem organizmu. Coś, co powoduje, ze wyobrażasz sobie w myślach koncert i czujesz tą melodię tak prostą i tak genialną.


Już jest za późno, żeby usłyszeć Duke Ellingtona i Johna Coltrane wykonujących na żywo "In a Sentimental Moods" - pomimo tego dopiszę ich koncert do swojej krótkiej listy marzeń.

Panie i panowie, czapki z głów - Duke Ellington & John Coltrane - In a Sentimental Mood

http://w151.wrzuta.pl/audio/0fmgbh9rrSR/duke_ellington_john_coltrane_-_in_a_sentimental_mood

Bilard i piłkarzyki

Już był czas najwyższy, żeby zagrać w bilarda. Witoldo po przejechaniu Europy wzdłuż i wszerz, wreszcie pojawił się w Poznaniu, więc była okazja, żeby spotkać się w klasycznym składzie na partii bilarda. Z Witoldem nie tylko pracowałem w niezwykle nudnym projekcie telekomunikacyjnym, ale też mieszkałem w jednym z najokropniejszych miejsc w Poznaniu, czyli na ulicy Rybaki. Klasycznie spóźniłem się razem z Tomkiem na umówioną godzinę. Do czasu naszego przybycia, Michał i Witoldo rozegrali już kilka partii, co mogło sugerować ich dobrą formę. Tego dnia fizycznie i psychicznie byłem wydymany, co skutkowało tym, że co chwilę łapałem się na tym, że wpatruje się w jeden punkt i myślę ...sam nie wiem o czym.

Chwyciłem kij i podszedłem do stołu, miałem wybitną ochotę, żeby w coś przypierdo... przyłożyć. Rozbijanie bil świetnie się do tego nadawało.



Z Tomkiem reprezentujemy podobny poziom, dlatego przynajmniej dla nas gra była zacięta. Potem przyszła kolej na Witoldo, jak widać gra ze mną bardzo go cieszyła



Poskładał mnie w kilka minut. Kolejna gra i kolejna porażka - tym razem zniszczył mnie Michał.



Tomek, bo spędzeniu roku na fotografii, przestawiał mi coś nieustanie w aparacie i robił foty na prawo i lewo.



Ta fioletowa bila na samym szczycie trójkąta od kilku spotkań, nazywana jest pieszczotliwie - adwentową. I tutaj nowość, bo Tomek wyczaił, że to nie adwentowa, tylko wielkopostna.



Dłoń, kij i bile.



Zmęczony człowiek i Michał



Końcówka kija i biała bila. Z tyłu widać sukno stołu (wiem, że to oczywiste, co przedstawia zdjęcie, ale niezwykle śmieszy mnie, gdy ktoś opisuje to co jest na zdjęciu. To trochę tak, jak pokazywać napisy w teledysku czy filmie, zakładając, ze widz nie rozkmini o co chodzi, więc jeśli uważasz, że to wybitny nietakt, prostactwo i bzdura to chętnie przybiję Ci piątkę ;) ).




Po zakończeniu gry, Witoldo powiedział, że musi spadać do Muchos Patatos na kurs salsy, Michał dostał dyspensę do 24'tej od żony, więc również wybraliśmy się do Muchos Patatos, zobaczyć jak Witoldo śmiga po parkiecie. Staram się unikać takich miejsc jak Muchos Patatos czy Cuba Libre bo drażnią mnie przychodzące tam młotki w białych sweterkach, którzy jako dobrą zabawę rozumieją podrywanie lasek. W ten dzień było jednak w tym względzie spokojnie. Podoba mi się salsa, jest prosta i właściwie wystarczy nauczyć się kilku kroków, reszta przychodzi razem z muzyką. Witoldo czarował na parkiecie. Zaraz przy wejściu do Muchos Patatos stoi stół do piłkarzyków, czyli gry, która pomimo swej bezsensownej idei, gram z pasją - codziennie.

Zagraliśmy dwanaście razy, były emocje, krzyki, rywalizacja, kłótnie w zespołach i teksty w stylu "Musimy się wziąć w garść", "Nie możemy przegrać", "Do boju Polsko..." - świetnie!

Muchos Patatos - świetne miejsce tzn. świetny stół. ;)

środa, 20 maja 2009

Góra Moraska

Zarzuciłem wypady na Dziewiczą Górę po tym, jak oglądając własne kolana stwierdziłem szereg poważnych obrażeń. Tak dłużej być nie mogło, dlatego wybrałem bardziej łagodny teren w postaci rezerwatu "Meteoryt Morasko".

Co ciekawe, znajdująca się na terenie rezerwatu Góra Moraska jest drugą co do wysokości górą w Wielkopolsce. Góra Moraska liczy sobie 154 m.n.p.m. Sam wierzchołek wzniesiony jest zaledwie o 50 - 60 metrów w stosunku do okalających ją terenów. To mało, spoglądając z pewnej odległości, praktycznie jej nie widać.



Byłem w tym rezerwacie już kilka razy i poza wszechobecnym lasem i kilkoma bajorami, powstałymi po uderzeniach fragmentów meteorytu, nic ciekawego tam nie znalazłem. Gryzła mnie jednak myśl o tym, że z Góry Moraskiej będę mógł zrobić zdjęcie podwieszanego mostu na Obornickiej. Wychowałem się w pobliży miejsca, gdzie rzeka Brda łączy się z kanałem bydgoskim i budowle takie jak mosty czy śluzy mają dla mnie szczególne znaczenie.

Wybrałem najkrótszą trasę - przez łąkę.



Po kilkunastu minutach dojechałem na Górę Morską. Niestety, gdziekolwiek nie spojrzałem było widać drzewa, zatem nici z fotografowania. Skierowałem się w stronę Suchego Lasu. Tam na zdjęciach satelitarnych widać było łąkę z której prawdopodobnie mógłbym zrobić wspomnianą wcześniej fotkę. Łąka okazała się polem. Polem, na którym rośnie żyto lub coś w tym stylu. Jak wiadomo, w życiu nie ma nić za darmo, dlatego chcąc nie chcą tłukłem się przez to żyto. Podróż rowerem przez żyto nie trwała jednak długo, wyperswadował mi ją miejscowy rolnik, wrzeszcząc coś niecenzuralnego i wymachując widłami. Zniesmaczony zawróciłem do Poznania, zwiedziłem jeszcze znajdujące się u podnóża góry osiedle i znalazłem świetny zjazd, gdzie można rozwinąć wręcz zabójcze prędkości (ograniczenie prędkości przemilczałem).



Podjazd jest bardzo ciężki i powolny, ale dzięki temu, że trzeba poruszać się z żółwią prędkością to jest szansa na zrobienie zdjęcia ...szybko przelatującej muchy.

niedziela, 10 maja 2009

Dziewicza Góra


Dziewicza Góra to najwyższe wzniesienie na terenie Puszczy Zielona. Wznosi się na wysokość 143m n.p.m. Wzniesienie nazywało się kiedyś Dziewcza Góra, potem z niewiadomych mi przyczyn ewoluowała do obecnej Dziewiczej Góry. Na szczycie góry znajduje się wieża obserwacyjna, która został postawiona na potrzeby ochrony przeciwpożarowej.

Korzystając z roweru i wyruszając mniej więcej z okolic Piątkowa, można dotrzeć do Dziewiczej Góry w niecałą godzinę. Trasa wiedzie przez most Lecha, Koziegłowy, a potem w kierunku Czerwonaka, skąd do celu jest już tylko rzut beretem. Można tak, ale większość tej trasy pokonuje się po ulicach. Lepiej założyć trochę więcej czasu i pojechać brzegiem Warty.

Wybrałem trasę nad brzegiem Warty.

Pierwszym ciekawym elementem na trasie jest most kolejowy. Pod mostem zawieszona jest lina, na której można się ostro bujnąć. Zdecydowanie nie polecam tej czynności, ponieważ pomimo pierwszych pozytywnych wrażeń z lotu to lądowanie może okazać się bolesne. W moim przypadku pierwszy lot zakończył się przyglebieniem plecami, przez co mam mieszane uczucia co do wykorzystania tej liny.



Następnie jedzie się po szutrowych drogach do momentu, kiedy zaczyna się las.
W lesie charakterystyka drogi zdecydowanie się zmienia. Staje się pagórkowata i mało turystyczna.



Jeśli nie jechało się wcześniej tą trasą to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Liczne rozjazdy i odchodzące ścieżki powodują, że zdarzają się wpadki w postaci wjechania na ślepą ścieżkę, zakończoną ogrodzonym polem. W innych miejscach trzeba wypatrywać ścieżki tam, gdzie jej na pierwszy rzut oka nie widać.



Dalej, jest już bardziej znośnie. Trzeba tylko uważać na szybko przelatujące zające, których na tym kawałku trasy jest ogromna ilość.



Dojechałem do Czerwonaka. Pierwszy raz zobaczyłem cel mojej podróży.



Pojechałem na wprost wieży. Teoretycznie wybrałem optymalną drogę, praktycznie kaszan, bo przed widocznymi wyżej domami jest strumyk na tyle szeroki, że trzeba dymać kilka kilometrów w lewo do mostu.

Granica Puszczy Zielonka. Do wieży na Dziewiczej Górze jest ok 3 km. Byłem praktycznie na miejscu, ale nie chciałem jechać po asfalcie, dlatego skręciłem w prawo, wybierając leśną drogę.



Kto pojedzie asfaltem ten zgrzeszy. A dlaczego? A dlatego, że Puszcza Zielona to genialne miejsce, powalone konary, strumyki, górki, skały i ogromna liczba zwierząt.

Jechałem sobie spokojnie ku górze, aż spotkałem na drodze duże zwierze i nie był to Jerzy Sztur spacerujący z wielbłądem, a oryginalny jeleń. Czteroletni, bo na głowie nosił poroże rozgałęzione w czterech miejscach. Stał taki wpatrzony we mnie i uciekł, dopiero gdy próbowałem wyciągnąć aparat. Taki swobodnie biegający jeleń robi naprawdę duże wrażenie. Nie tylko, że względu na swoje gabaryty, ale przede wszystkim przez dzikość i bystrość, która biła z jego oczu, a także pewien majestat i kunszt z jakim się porusza.

Dotarłem do wieży.



Na dole jest sklep, za parę groszy można wejść na górę.



Wieża jak jest każdy widzi. Można wejść na górę, zrobić fotę, kupić loda w sklepie i wrócić do Poznania. Tyle tylko, że straci się to co na tej górze najlepsze. Dziewicza Góra to zajebiste miejsce na szaleństwa na rowerze. Kilometrowe zjazdy po korzeniach, konarach z wyprofilowanymi zakrętami powodują, że po kilku zjazdach trzęsą się nogi, a poziom adrenaliny jest tak wysoki, że trudno ustać w miejscu.




sobota, 9 maja 2009

Dnia 07.05.2009

Obudził mnie budzik z komórki, tak głośny, że czułem jak przenika całe moje ciało. Spojrzałem na zegarek czekając na wyrok.



Winny! Trzeba wstawać, obiecałem sobie, że będę przychodził do pracy przed ósmą rano. Jeśli teraz bym się poddał to drugie takie postanowienie może już nie mieć tej mocy jak to. Każdy ruch sprawiał, że pulsujący ból w mojej głowie, stawał się nie tylko mocniejszy, ale też bardziej wyrachowany, atakując wszystkie słabe miejsca. Przegrywałem z bólem na każdej pozycji. Dowlokłem się do łazienki i zobaczyłem siebie w lustrze. Trudy wczorajszego bilarda było widać gołym okiem. Najwidoczniej było coś złośliwego w tych kilku piwach, które wczoraj wypiłem, no bo przecież nie było ich aż tak dużo ...chyba. Minuty mijały i w końcu udało mi się ogarnąć i wyjść do pracy. Pić! Wołało moje ciało i był to krzyk władczy i nietolerujący sprzeciwu. Wstąpiłem do pobliskiego warzywniaka i stanąłem w kolejce za babką, która nie mogła się zdecydować, czy kupić dwa pomidory czy może lepiej trzy. I tak przebiera w tej skrzynce przez ponad dziesięć minut. "Pani, ja tu ginę! Krzyczałem w myślach. Uzupełniłem płyny zaraz po wyjściu z warzywniaka i skierowałem się w kierunku przystanku autobusowego. Na przystanku stało sporo ludzi, więc wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus.




Przyspieszyłem kroku, chociaż już i tak się pogodziłem z tym co się stanie.




No tak. Zawsze mi spieprzy autobus, niezależnie od tego, o której wyjdę. Jakby czekał, aż pojawię się na drodze do przystanku i dopiero ruszał. Poczekałem na następny autobus i pojechałem. Przejechałem tylko dwa przystanki i musiałem wysiąść. Rozejrzałem się wokół, znalazłem śmietnik i wyrzuciłem ten worek ze śmieciami. Ruszyłem dalej w stronę pracy już bez przeszkód i niepotrzebnego balastu.

O 17'stej zameldowałem się u dentysty, a właściwie dentystki. Uwielbiam tą kobietę, ma niesamowite poczucie humoru i kompletnie niczym się nie krępuje, dlatego pobyt u niej to pomimo oczywistego dyskomfortu jest naprawdę miły i zabawny. Już na wejściu powiedziała to czego się obawiałem i co zawsze powtarza "Witam panie Tomku, pani Bożenko (asystentka) proszę przygotować znieczulenie, albo najlepiej dwa". I się cieszy :)

Usiadłem na fotelu, pani zaczęła coś tam robić i po chwili pyta bez kontekstu "Pan też jest daleka, co?" Odpowiedziałem, że nie, że jestem raczej z bliska. "Jest pan u mnie na fotelu, proszę się słuchać. Jak mówię, że jest pan z daleka to tak jest. Pani Bożenko, proszę zanotować w kartotece, że pacjent nie zgadza się z decyzjami lekarza" I znowu się cieszy. Po dłuższej chwili, kolejne pytanie.

Dentystka: "Włożyć panu gumę?"
Ja: "Jaką gumę?"
Dentystka: "No gumę, zrobić panu gumę?"
Ja: "A po co ta guma?"
Dentysta: "Fajna jest guma. Pani Bożenko, zrobimy panu gumę."

Okazało się, że guma to taki arkusz gumy z dziurą na ząb. Mocuje się go na specjalnym przyrządzie i rzeczywiście jest fajna bo wszystkie paprochy lecą na gumę, a nie do gardła. Leżałem plackiem na fotelu z gumą, sączkiem, okularach i przyrządem wkręconym w moje usta. Po chwili, kolejne pytanie, a właściwie rozkaz.

Dentystka: "Proszę mi podać to niebieskie co leży obok pana"

Szarpię się z całym tym sprzętem podpiętym do mnie, żeby podać to niebieskie coś. Patrze na dentystkę, a ona patrzy na mnie ucieszona.

Dentystka: "Żartowałam. Pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent zachowuje się właściwie i wykonuje rozkazy."

Leże dalej, już prawie godzinę.

Dentystka: "Pani Bożenko proszę tu szybko przyjść"
Dentystka: "Widzi pani?"
Bożenka: "Co?"
Dentystka: "Ten strach w oczach. Uwielbiam to."

I się znowu cieszy. Do drzwi zaczęli dobijać się pacjenci, którzy byli po mnie.

Dentystka: "Pani Bożenko, proszę poinformować pacjentów, że muszą trochę poczekać bo nam pacjent zemdlał"

Już widziałem te spojrzenia ludzi, gdy będę wychodzić. I te ich szydercze myśli "Taki duży chłopak, a mdleje u dentysty"".

Problem mojego zęba został rozwiązany o czym pani dentystka poinformowała mnie śpiewając.

Dentystka: Zabiłam byka cóż to dla mnie byk.....z byka krew sika,siku siku sik!

Mój pobyt przedłużał się. Dostałem kolejne kłopotliwe pytanie.

Dentystka: "Chce pan Fuji?"
Ja: "co?"
Dentystka: No, czy chce pan Fuji"
Ja: "A co to jest?"
Dentysta: "Boże, pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent przychodzi na wizyty nieprzygotowany."

Pani dentystka szalała, ze śmiechu.

Dostałem Fuji. W końcu mnie wypuściła, przemknąłem przed ludźmi w poczekalni słysząc ich myśli "Patrz, to ten co zemdlał". Generalnie było fajnie bo śmiechu było tyle, że zapomniałem o bólu i problemie jaki miałem.

Wróciłem do pracy. Zbliżała się 21'wsza, więc czas było pojechać do mieszkania. Po drodze wstąpiłem do Chaty Polskiej po zakupy, kupiłem jakieś bzdury i poszedłem spacerkiem do mieszkania. Dopiero w mieszkaniu miały ujawnić się efekty przemęczenia i setek myśli, które przewinęły się przez moją głowę w ostatnim tygodniu.

Gdy wracałem z tej Chaty Polskiej to zwróciłem uwagę, na spojrzenia mijających mnie osób. Tak się złożyło, że były to same dziewczyny, więc zacząłem sobie nawet trochę wlewać, że może zmężniałem albo coś. Otóż nie. Położyłem wszystko na stole i doznałem olśnienia. Przytaszczyłem zakupy ...razem z koszykiem. Osobisty dramat. Po chwili przyszła Asia, spojrzała na koszyk i nawet nie komentowała. Ucieszona, dobiła mnie ostatecznie ..."Tomek, to chyba nie najlepszy moment ale syfon do końca odpadł i nie ma gdzie naczyń myć.".

Cóż, mam koszyk, ale chyba czas odpocząć ...i jeszcze ten cholerny syfon.



Bilard

Były kiedyś takie czasy, że tydzień bez partii bilarda był tygodniem straconym. Wyjścia na bilarda były tak częste, ze kilku z moich znajomych zainwestowało we własne bajeranckie kije. Wszystko zmieniło się, kiedy przeniesiono lokalizację miejsca naszej pracy. Od tej pory bilardowe wieczory są wydarzeniem sporadycznym, przede wszystkim ze względu na problematyczny dojazd do klubu bilardowego. Po dłuższej wymianie mejlowej udało się jednak zorganizować wyjście do Zakręconej Bili w czwartek, co groziło kacem i bólem głowy w piątek. Ryzyko było akceptowalne, szczególnie, że skumulowało się kilka okazji, za które należało się stuknąć kuflem. Spotkaliśmy się w starym składzie - Michał, Piotr, Tomek i ja. Część z nas poznała się jeszcze w kultowym już pokoju 204 w Spółdzielni Samopomoc Chłopska "Rolnik" na Placu Wolności. Pracowaliśmy wtedy pod okiem równie kultowego Jakuba "bez ciśnienia", "się pływa, się skacze" G. Jakub już od dłuższego czasu nie pracuje z nami, ale zawsze na tych spotkaniach jest miło wspominany i obowiązkowo piejmy za niego, żeby mu dobrze w żagiel wiało. Kontynuując wątek, Jakub jest już chyba ostatnim kowbojem wśród informatyków. Przez swój styl bycia, jedni go nienawidzą a drudzy ubóstwiają, dla mnie był i jest wzorem tego w jaki sposób być świetnym specjalistą i czerpać garściami z życia to co najlepsze, dlatego zawszę chętnie wypiję jego zdrowie.

Z lekkim poślizgiem, wraz z Tomek dołączyliśmy do grających już Michała



i Piotra.



Po Michale zawsze widać, że wkłada w grę całe serce, Piotr to również matematyk, więc kąty uderzeń ma dobrze obcykane. W tym składzie partie, zawsze są zacięte.



Wzorcowe ułożenie dłoni i postawa przy uderzeniu.



Przyszła kolej na mnie i Tomka. Rozbijał niższy.



Tomek, nigdy się nie przyznaje, ale wszyscy wiedzą, że jest perfekcjonistą, dlatego nawet ubrał się stosownie do gry w bilarda.



Ja również co jakiś czas coś wbijałem.



Problem polega jednak na tym, że dostateczny poziom skupienia zachowuje przez pierwsze dwie, trzy gry. Potem, dostaje sromotne baty, a moje zagrania wzbudzają salwy śmiechu



Po jakimś czasie odwiedziła nas Patrycja, więc skończyło się bezpardonowe klniecie na stół czy kij po nieudanym zagraniu. Dziwna sprawa, bo od kiedy Patrycja przyglądała się grze, wszystkim, a szczególnie Piotrowi jakby lepiej szło. Zastawiające.



Wieczór zakończył się na rozmowach o pracy i tematach pobocznych. Czyli tak jak zazwyczaj, ale i tak było dużo śmiechu.