Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 kwietnia 2014
Konsulat na Bukowskiej w Poznaniu
Większość pracowników tej instytucji to skrajne buraki a większość współpracujących z nimi pobliskich agencji to małomiasteczkowe franty.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Tatry
Nigdy nie przypuszczałem, że góry mogą zrobić na mnie takie wrażenie. Nigdy nie przypuszczałem, ze nie pozwolą mi zasnąć. Mógłbym spędzić tam całe życie, delektując się każdym kamieniem, każdym trudnym momentem. Może to nad wyraz, ale to moje miejsce. To moja mekka.
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
sobota, 6 marca 2010
Zmiana pościeli
Większość ludzi, przekłada pościel na drugą stronę i przeciąga do połowy, łapie drugi koniec kołdry i ma zmienioną pościel... Nigdy tego kur... nie zrozumiem, kolejna zagadka życia, której rozwikłanie nie jest mi dane. Zawsze jak mam zmienić pościel to na czole pojawiają mi się zimne krople potu, nie czaje tego schematu, nie wiem jak to się robi i szlag mnie trafia po kilku minutach. Kończy się na tym, że wkładam kołdrę do poszewki niczym worek i trzęsę aż jakoś się ułoży. I nie ma bata, żeby było dobrze. Zawsze jest tak, że dłuższa cześć układa się na krótszej i przez następne dni śpię ze stopami poza kołdrą.
Podejrzewam, że sztab ludzi pracuje nad tym, żeby to było takie trudne.
Fuck!
Podejrzewam, że sztab ludzi pracuje nad tym, żeby to było takie trudne.
Fuck!
czwartek, 18 lutego 2010
piątek, 15 stycznia 2010
2009
2009 nie należał do udanych. Nie zrealizowałem żadnego z celów jakie sobie już dawno założyłem. Pierwszą cześć minionego roku spędziłem w pracy. Pracowałem po 10 - 12 godzin dziennie, wczytując się w kolejne analizy i zgłoszenia błędów. Poranne wstawanie i powroty pustymi ulicami z pracy, sprawiły, że z coraz większą zazdrością patrzyłem na osoby, które mogą sobie pozwolić na komfort odpoczynku czy urlopu. Z zazdrością patrzyłem też na tych, którzy zasypiają wieczorem czytając dobrą książkę i nie rozgrywają co wieczór partii szachów z własnymi myślami. Z myślami, które kreują wiele możliwych scenariuszy, tworząc pewnego rodzaju las decyzyjny, którego każdą ścieżkę trzeba zbadać, przeanalizować, każdy możliwy wariant rozważyć, bo w przeciwnym przypadku nie pozwoli zasnąć. Coraz częściej odczuwałem potrzebę wyjścia, ucieczki gdziekolwiek, byle tylko nie zostawać w nocy samemu, żeby nie dać dość do głosu problemom, które domagały się wyjaśnienia. Cały rok 2009 będzie mi się też kojarzył z nocą i zadymionymi pomieszczeniami Dragona, pubu, który stał się miejscem ucieczki, które od dawna pociągało mnie przez swój specyficzny zapach, muzykę i pewien magnetyzm, który przyciąga outsiderów, dekadentów i osoby, które próbują rozpaczliwie o czymś zapomnieć, coś zagłuszyć, coś przeczekać.
Druga część roku był przyjemniejsza, głównie za sprawą mniejszej liczby godzin spędzonych w pracy oraz odkrytych miejsc, takich jak Góra Dziewicza i jezioro Kierskie. Pomogło też przewartościowanie pewnych aspektów życia, które pozwoliło na spojrzenie na nie z większym dystansem niż do tej pory. Dystansem o którym często wspomina kolega Janosik, zastanawiając się nad tym kim będzie za kilka lat. Przypominałem sobie wtedy sytuację z siódmej klasy podstawówki, kiedy po wypadku samochodowym obudziłem się w szpitalu podłączony do kroplówki i aparatury, spętany rurkami i sączkami wychodzącymi z mojego ciała. Za drzwiami stali zapłakani rodzice oraz brat i tak naprawdę tragiczne w tym wszystkim było to, że czułem się tak bardzo mały, tak bardzo nieznaczący, że gdyby kilka godzin wcześniej sytuacja potoczyła się tragicznie to jej przykre echo dotarło by zaledwie do kilku osób i tak właściwie nic w wielkiego w szerszym kontekście by się nie wydarzyło. Podobne uczucie towarzyszyło mi w połowie 2009 roku, być może z racji wieku, było mniej samolubne niż to z podstawówki, dlatego że ważniejsze stało się 'pozamiatanie' po sobie w obliczu ewentualnego zdarzenia do tego stopnia, że cenne stało się dla mnie zniechęcanie do siebie osób, które nigdy i w niczym mnie nie zawiodły i czego bardzo teraz żałuję. Z drugiej strony prześladowały mnie myśli dotyczące przeszłości, w których próbowałem wyszukać te krótkie, te miłe i niezwykłe wspomnienia, ale było ich niebezpiecznie mało. Myśli te spowodowały, chęć podjęcia kolejnej próby, początkowo nieporadnej, polegającej na szukaniu ciekawych miejsc w okolicy, osób, muzyki, koncertów, spontanicznych wypadów, gdziekolwiek bez analizy tego co może taki wypad dobrego przynieść. Teraz, gdy piszę tego posta, próbuję przywołać emocje i obrazy, które utkwiły w pamięci od tego czasu. Pamiętam startujące samoloty o 6-stej nad ranem, 'trzepanie frytek' na bunkrze przy Ławicy, wspominania studenckich czasów ze Świętym i Wajchą, burzę nad Poznaniem oglądaną z wieży przeciwpożarowej na Dziewiczej Górze, 80-siąt kilometrów błądzenia po Puszczy Zielonce z Tomkiem, różową, zgrzytającą damkę, którą jeździłem nad Maltą, perseidy oglądane z Dziewiczej Góry, nocne kakao, dla którego przejechałem taksówką prawie 20 kilometrów, piłkarzyki w pracy , wspomnienia Zbigniewa Religi, "Jadąc do Babadag" Stasiuka, Gabę Kulkę i Czesława w Eskulapie, "Dotąd doszliśmy" Turnaua w Pod Pretekstem, Danutę Szaflarską w "Pora umierać", rosół, barszcz, ogórki kwaszone z Piotra i Pawła i ...chyba najbardziej utkwił mi w pamięci moment w którym zrobiono to zdjęcie.

To co jest namacalnym znakiem 2009 roku to siwe włosy w brwiach, które mimo odejścia w niepamięć tych bezsensownych, nieprzespanych nocy i nerwów jakoś nie chcą się z ze mną definitywnie pożegnać, być może ku przestrodze.
A co z całą resztą? Subiektywnie, widziałem to mniej więcej tak:
10. Film Avatar
Nie wybieram się na ten film, bo nie kręcą mnie takie klimaty. Avatar rozpoczyna jednak pewien nowy etap w kinematografii, połączenie fabuły filmu pełnometrażowego z efektem 3D to nowa jakość i jako taka zasługuje na wyróżnienie.
9. PZPN
Nie jestem kibicem, nie interesuje mnie też specjalnie oglądanie spoconych, dorosłych mężczyzn kopiących się po kolanach, biegających za piłką. Dlatego, nie emocjonuję się aferą wokół PZPN. Zaciekawił mnie za to pewien mechanizm, który ujawnia się dzięki spektakularnym akcjom społecznościowym, które w minionym roku były wymierzone w Zarząd PZPN i które zaliczyły równie spektakularną klapę. Jak to w ogóle działa? Ci których wybraliśmy w wyborach przekazują podatki do PZPN, ale nic nie mogą zmienić w Zarządzie bo PZPN należy do UEFA. Gdzie tu logika? Kto jest zatem tym boskim pierwiastkiem, który nie pozwala wrzucić pierścienia do czeluści Mordoru? Nikt nie wie bo jak mówi prezes SportFive - "wiele spraw udało się wyciszyć"
8. Barack Obama
Barack "Yes, We Can" Obama siadł pewnego dnia, ze swoją administracją i kazał zakomunikować Polsce, że z tą tarczą antyrakietową to niespecjalnie mu sztymuje. Lament był nad Wisłą ogromny i mało co nie doszło do okaleczeń i samospaleń. Bo przecież szlag trafi bezpieczeństwo, szlag trafi rozwój przemysłu, budowę domów dla oficerów, nowe wakaty dla wojskowych itd. Tylko po co ten lament? Tarcza antyrakietowa chodź jest to oręże obronne to jak każda broń jest bronią bezużyteczną, gdy nie jest wykorzystywana, a tego typu sytuacji to chyba amerykanie nie są w stanie nawet sobie wyobrazić. To co najsmutniejsze w całej tej sytuacji to fakt, że zapewne większość z nas nie wie o co właściwe chodziło z tą tarczą, oby wiedzieli to chociaż polscy decydenci.
Cieszy mnie nagroda Nobla za "za wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie", którą otrzymał nieco zaskoczony tym faktem Obama. Osobiście, nie chciałbym być laureatem nagrody, którą otrzymali i odebrali Shimon Peres czy Walter Freeman. Pomimo tego, dobrze się stało, że problem ten jest eskalowany i nadal żywy w świadomości ludzi. Ciekawe co by powiedział ma ten temat Jóżef Rotblat. Hmm, pewnie nic by nie powiedział bo nie miałby czasu.
7. Donald Tusk i Platforma Obywatelska
"Bo już w nic nie wierzę... Jak mogę wierzyć, skoro nawet największy mój wysiłek przecieka im – wam – przez palce? Możecie już wszystko mówić, obiecywać, przyrzekać..."
- Adaś Miałczyński [Dzień Świra]
Gdy jakiś czas temu poszedłem postawić krzyżyk na karcie wyborczej pod nazwiskiem Donalda i hasłem Platforma Obywatelska miałem chociaż częściową nadzieję, że głosuję na partię liberalną. Rok 2009 pokazał, że pomyliłem się nawet o tą małą część. Donald Tusk i Platforma Obywatelska nie wiedzą czym jest polityka liberalna do uprawiania, której aspirują. Abstrahując już od de-facto mało ważnych wydarzeń, takich jak afera hazardowa to przerażająca jest krótkowzroczność polityków Platformy. Pokazała to np. sprawa gazociągu Szczecin - Bernau i powtarzane przez wszystkich, niczym mantrę hasło dywersyfikacja, dywersyfikacja... Spotkanie Tusk - Putin pokazało dokładnie, jak słabym politykiem jest urzędujący premier, jak z uśmiechem pozwala sobie ukraść krzesło na którym siedzi, jak bardzo nie potrafi bronić interesu polskiego biznesu. Ciekawy jestem też, kto ma aż tak wielką władzę, że potrafi zaciskać energetyczną pętlę na szyi państw takich jak Polska czy Ukraina. Kto ma, aż tak wielkie wpływy, że może poprosić premiera Rosji o interwencje w swojej sprawie.
Wracając jeszcze do tej nieszczęsnej afery hazardowej i usunięcia Chlebowskiego i Drzewieckiego z klubu PO, banicje i społeczne potępienie. Jakże, to było PR-owskie i socjologicznie poprawne. Jakże, podobne do internowania Jaroszewicza, Szydlaka i Gierka przez Kanię, Kowalczyka, Jaruzuleskiego i Tupaczewskiego w czasie świetności WRON-u...
Praktycznie żaden z prominentów PO po 2009 nie spełnia moim zdaniem kryteriów rasowego polityka, patrzącego poza horyzont kolejnego pięciolecia, ...no może ten sympatyzujący z PO - Rafał Dutkiewicz.
6. Dżentelmen o wiek nie pyta
Już nawet sam tytuł tego wydarzenia jest w pewnym sensie obraźliwy. Nie wiedziałem wcześniej o tym, że Roman Polański zbałamucił nastolatkę. Wydarzenie to było szeroko komentowane przez 'gwiazdy' polskiego show biznesu, takie jak Dorota Stalińska (wulgarna, głośna w dosłownym znaczeniu aktorka serialowa), Katarzynę Figurę czy Krzysztofa Zanussiego.
Bełkot powyższych osób w niczym mi nie przeszkadzał, gorzej z oficjalną notą Radosława Sikorskiego, który reprezentuje na zewnątrz kraj, którego jestem obywatelem. Z całym szacunkiem dla Romana Polańskiego i jego twórczości, myślę że należy mu się cela razem z Piesiewiczem ubranym w sukienkę.
6. Afganistan, Iran i Korea Północna
Afganistan
Kim są tak naprawdę Afganie? Jaką mają mentalność po kilkudziesięciu latach wojny ze Związkiem Radzieckim, a później z Rosją? Jakie są motywy, że oficjalnie twierdzi się, że terroryści z Afganistanu atakują cele w USA? Lidera NATO, odwiecznego wroga Związku Radzieckiego i Rosji? Co myśli przeciętny obywatel tego rozległego kraju, który nie ma dostępu do Internetu i rzetelnej informacji, ale wie, że w walkach z NATO zginęło kilku jego sąsiadów? Kto jest wtedy jego wrogiem? W jaki sposób zareaguje, gdy zginie ktoś z jego bliskich? Gdzie będzie szukał okazji do zemsty i odzyskania dumy tak ważnej w jego kulturze? Jak wielki jest przemysł narkotykowy w Afganistanie? Te pytania nadal pozostają bez odpowiedzi po 2009.
Iran
Iran przez cały 2009 był szykanowany przez 'cywilizowany' Świat. Co chwilę, któryś z prominentów potępiał Mahmuda Ahmadineżada, a nawet groził zbrojną interwencją. Oczywiście, podążając za wspomnianymi i mediami, większość obywateli 'cywilizowanego' Świata również potępiała panujący reżim.. A to chyba nie tak trzeba postrzegać... przecież, Iran jest w stanie wojny z Izrealem, który posiada arsenał nuklearny i od wielu lat zapowiada atak, dlatego chyba trudno się dziwić, że Teheran się boi i prowadzi badania w kierunku rozwoju własnego potencjału nuklearnego. Ponadto, Iran sprzedaje ropę za euro, a nie za dolary co jest sprzeczne z interesem USA (w zasadzie Banku Federalnego, który faktycznie posiada władzę w USA), a po trzecie trzeba pamiętać, że Iran przez długi okres był opanowany przez brutalny reżim M. Rezy Pahlawiego, który rękami służb Savak trzymał w strachu całe społeczeństwo. Wyniszczył je doszczętnie, potrzeba czasu i kolejnych pokoleń, aby społeczeństwo Iranu odrodziło się zdrowe i nie obciążone mentalnością epoki. Ahmadineżad jest tylko skutkiem ubocznym tego procesu.
Korea północna
Korea Północna też była ciekawym zjawiskiem w 2009. Było o niej cicho. Świata nie obchodzi to, że tam ktoś umiera z głodu, nikogo nie obchodzi, że panujące tam chore umysły budują bomby jądrowe. Interwencja w Korei nie sztymuje nikomu, bo przecież w kontekście interwencji w tym kraju niewiele można zyskać.
4. Świńska grypa
Ładna nazwa w tym roku - A/H1N1. Już sama nazwa wywołuje emocje, jest taka syntetyczna, laboratoryjna i tajemnicza. Gdybym był premierem to szalejąca grypa byłaby mi na rękę, bo wiadomo że w obliczy nieznanego, tajemniczego zagrożenia dobrze jest zawierzyć liderowi. Niektórzy wieszają psy na minister Kopacz za to, że nie kupiła szczepionek na A/H1N1 (kurde, naprawdę dobra nazwa). Ciekaw jestem, jakie były tego motywy. Lekarska uczciwość, czy brak funduszy i polityka, dla spokojnego sumienia obstawiam, że to pierwsze. Martwi mnie jednak, że koncerny farmaceutyczne nie zdecydowały się na detaliczną sprzedaż szczepionek. Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie do aptek przychodzi matka chorowitego kilkunastoletniego chłopca z pytaniem o szczepionkę na A/H1N1 i dostaje odpowiedź, że nie jest dostępna w sprzedaży detalicznej. Jak dla mnie to dramatyczna sytuacja, bo rodzi się pytanie o moralność. Nawet tą korporacyjną, bardzo rozmytą.
3. Kradzież napisu
Ciekawe jaki był motyw kradzieży tego napisu. Czy były to względy estetyczne, dewiacja bogatego, chorego człowieka czy też chęć wbicia szpilki w plecy narodowi żydowskiemu. Tak czy inaczej, eskalacja działań mających na celu znalezienie skradzionego napisu trochę mnie oburza, bo są większe przestępstwa i pilniejsze potrzeby niż poszukiwanie napisu z bramy wjazdowej obozu koncentracyjnego. Oczywiście nie można dopuszczać do kradzieży tego typu symboli, ponieważ podtrzymują pamieć o tamtych wydarzeniach, ale czy właśnie ta pamięć zależy w tak wielkim stopniu od napisu wykonanego z kilku arkuszy blachy?
2. Jade Goody
Ludzie zniosą każdą tragedię, jeśli nie dotyczy ich samych. Dodatkowo tragedia innych, powoduje dreszczyk emocji, ciekawość i przyciąga przed telewizory. A kiedyś czytałem, że "The Running Man" Richarda Bachmana to science fiction. Jakiś głupi byłem!
1. Kryzys
Chciałbym pojechać do Wenezueli, dlatego, że tam na ulicy można spotkać miliardera i żebraka, którzy razem rozmawiają i jedzą obiad w Comedor. Zarówno jeden jak i drugi, wiedzą że z dnia na dzień może się coś przekręcić i zamienią się rolami. Dlatego, tam jedyną różnicą jest to, kto aktualnie płaci napiwek. U nas jest inaczej i stąd te dramaty. U nas nie czuje się tego, że można się z dnia na dzień stać żebrakiem, a Ci którzy twierdzą że Polske ominął kryzys i wszystko się poukładało radzę się ogarnąć, bo FED może z nich zrobić dłużników i wykolejeńców w kilka godzin.
Tyle...
Chciałbym jeszcze wspomnieć kilka osób, którzy odeszli w 2009, a którzy mieli wpływ na moje poglądy i postrzeganie.
Lista nieobecności:
Jan Wejchert - pasjonat i entuzjasta mediów.
Franciszek Starowieyski - trudno opisać jego twórczość, trzeba zobaczyć.
Zbigniew Religa - przeczytałem jego biografię i wywiady kilkakrotnie, Nigdy nie interesowałem się jego karierą polityczną, imponował mi jako lekarz.
Paweł Wieczorkiewicz - Jego wykłady i publikacje od wielu lat są dla mnie źródłem wiedzy o Rosji i Związku Radzieckim.
Piotr Morawski - Był dla nie wzorem podróżnika.
Maciej Rybiński - 2009 był dziewiątym rokiem spędzonym z jego felietonami, zawsze była to pozycja obowiązkowa w nowym wydaniu Wprost.
Druga część roku był przyjemniejsza, głównie za sprawą mniejszej liczby godzin spędzonych w pracy oraz odkrytych miejsc, takich jak Góra Dziewicza i jezioro Kierskie. Pomogło też przewartościowanie pewnych aspektów życia, które pozwoliło na spojrzenie na nie z większym dystansem niż do tej pory. Dystansem o którym często wspomina kolega Janosik, zastanawiając się nad tym kim będzie za kilka lat. Przypominałem sobie wtedy sytuację z siódmej klasy podstawówki, kiedy po wypadku samochodowym obudziłem się w szpitalu podłączony do kroplówki i aparatury, spętany rurkami i sączkami wychodzącymi z mojego ciała. Za drzwiami stali zapłakani rodzice oraz brat i tak naprawdę tragiczne w tym wszystkim było to, że czułem się tak bardzo mały, tak bardzo nieznaczący, że gdyby kilka godzin wcześniej sytuacja potoczyła się tragicznie to jej przykre echo dotarło by zaledwie do kilku osób i tak właściwie nic w wielkiego w szerszym kontekście by się nie wydarzyło. Podobne uczucie towarzyszyło mi w połowie 2009 roku, być może z racji wieku, było mniej samolubne niż to z podstawówki, dlatego że ważniejsze stało się 'pozamiatanie' po sobie w obliczu ewentualnego zdarzenia do tego stopnia, że cenne stało się dla mnie zniechęcanie do siebie osób, które nigdy i w niczym mnie nie zawiodły i czego bardzo teraz żałuję. Z drugiej strony prześladowały mnie myśli dotyczące przeszłości, w których próbowałem wyszukać te krótkie, te miłe i niezwykłe wspomnienia, ale było ich niebezpiecznie mało. Myśli te spowodowały, chęć podjęcia kolejnej próby, początkowo nieporadnej, polegającej na szukaniu ciekawych miejsc w okolicy, osób, muzyki, koncertów, spontanicznych wypadów, gdziekolwiek bez analizy tego co może taki wypad dobrego przynieść. Teraz, gdy piszę tego posta, próbuję przywołać emocje i obrazy, które utkwiły w pamięci od tego czasu. Pamiętam startujące samoloty o 6-stej nad ranem, 'trzepanie frytek' na bunkrze przy Ławicy, wspominania studenckich czasów ze Świętym i Wajchą, burzę nad Poznaniem oglądaną z wieży przeciwpożarowej na Dziewiczej Górze, 80-siąt kilometrów błądzenia po Puszczy Zielonce z Tomkiem, różową, zgrzytającą damkę, którą jeździłem nad Maltą, perseidy oglądane z Dziewiczej Góry, nocne kakao, dla którego przejechałem taksówką prawie 20 kilometrów, piłkarzyki w pracy , wspomnienia Zbigniewa Religi, "Jadąc do Babadag" Stasiuka, Gabę Kulkę i Czesława w Eskulapie, "Dotąd doszliśmy" Turnaua w Pod Pretekstem, Danutę Szaflarską w "Pora umierać", rosół, barszcz, ogórki kwaszone z Piotra i Pawła i ...chyba najbardziej utkwił mi w pamięci moment w którym zrobiono to zdjęcie.

To co jest namacalnym znakiem 2009 roku to siwe włosy w brwiach, które mimo odejścia w niepamięć tych bezsensownych, nieprzespanych nocy i nerwów jakoś nie chcą się z ze mną definitywnie pożegnać, być może ku przestrodze.
A co z całą resztą? Subiektywnie, widziałem to mniej więcej tak:
10. Film Avatar
Nie wybieram się na ten film, bo nie kręcą mnie takie klimaty. Avatar rozpoczyna jednak pewien nowy etap w kinematografii, połączenie fabuły filmu pełnometrażowego z efektem 3D to nowa jakość i jako taka zasługuje na wyróżnienie.
9. PZPN
Nie jestem kibicem, nie interesuje mnie też specjalnie oglądanie spoconych, dorosłych mężczyzn kopiących się po kolanach, biegających za piłką. Dlatego, nie emocjonuję się aferą wokół PZPN. Zaciekawił mnie za to pewien mechanizm, który ujawnia się dzięki spektakularnym akcjom społecznościowym, które w minionym roku były wymierzone w Zarząd PZPN i które zaliczyły równie spektakularną klapę. Jak to w ogóle działa? Ci których wybraliśmy w wyborach przekazują podatki do PZPN, ale nic nie mogą zmienić w Zarządzie bo PZPN należy do UEFA. Gdzie tu logika? Kto jest zatem tym boskim pierwiastkiem, który nie pozwala wrzucić pierścienia do czeluści Mordoru? Nikt nie wie bo jak mówi prezes SportFive - "wiele spraw udało się wyciszyć"
8. Barack Obama
Barack "Yes, We Can" Obama siadł pewnego dnia, ze swoją administracją i kazał zakomunikować Polsce, że z tą tarczą antyrakietową to niespecjalnie mu sztymuje. Lament był nad Wisłą ogromny i mało co nie doszło do okaleczeń i samospaleń. Bo przecież szlag trafi bezpieczeństwo, szlag trafi rozwój przemysłu, budowę domów dla oficerów, nowe wakaty dla wojskowych itd. Tylko po co ten lament? Tarcza antyrakietowa chodź jest to oręże obronne to jak każda broń jest bronią bezużyteczną, gdy nie jest wykorzystywana, a tego typu sytuacji to chyba amerykanie nie są w stanie nawet sobie wyobrazić. To co najsmutniejsze w całej tej sytuacji to fakt, że zapewne większość z nas nie wie o co właściwe chodziło z tą tarczą, oby wiedzieli to chociaż polscy decydenci.
Cieszy mnie nagroda Nobla za "za wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie", którą otrzymał nieco zaskoczony tym faktem Obama. Osobiście, nie chciałbym być laureatem nagrody, którą otrzymali i odebrali Shimon Peres czy Walter Freeman. Pomimo tego, dobrze się stało, że problem ten jest eskalowany i nadal żywy w świadomości ludzi. Ciekawe co by powiedział ma ten temat Jóżef Rotblat. Hmm, pewnie nic by nie powiedział bo nie miałby czasu.
7. Donald Tusk i Platforma Obywatelska
"Bo już w nic nie wierzę... Jak mogę wierzyć, skoro nawet największy mój wysiłek przecieka im – wam – przez palce? Możecie już wszystko mówić, obiecywać, przyrzekać..."
- Adaś Miałczyński [Dzień Świra]
Gdy jakiś czas temu poszedłem postawić krzyżyk na karcie wyborczej pod nazwiskiem Donalda i hasłem Platforma Obywatelska miałem chociaż częściową nadzieję, że głosuję na partię liberalną. Rok 2009 pokazał, że pomyliłem się nawet o tą małą część. Donald Tusk i Platforma Obywatelska nie wiedzą czym jest polityka liberalna do uprawiania, której aspirują. Abstrahując już od de-facto mało ważnych wydarzeń, takich jak afera hazardowa to przerażająca jest krótkowzroczność polityków Platformy. Pokazała to np. sprawa gazociągu Szczecin - Bernau i powtarzane przez wszystkich, niczym mantrę hasło dywersyfikacja, dywersyfikacja... Spotkanie Tusk - Putin pokazało dokładnie, jak słabym politykiem jest urzędujący premier, jak z uśmiechem pozwala sobie ukraść krzesło na którym siedzi, jak bardzo nie potrafi bronić interesu polskiego biznesu. Ciekawy jestem też, kto ma aż tak wielką władzę, że potrafi zaciskać energetyczną pętlę na szyi państw takich jak Polska czy Ukraina. Kto ma, aż tak wielkie wpływy, że może poprosić premiera Rosji o interwencje w swojej sprawie.
Wracając jeszcze do tej nieszczęsnej afery hazardowej i usunięcia Chlebowskiego i Drzewieckiego z klubu PO, banicje i społeczne potępienie. Jakże, to było PR-owskie i socjologicznie poprawne. Jakże, podobne do internowania Jaroszewicza, Szydlaka i Gierka przez Kanię, Kowalczyka, Jaruzuleskiego i Tupaczewskiego w czasie świetności WRON-u...
Praktycznie żaden z prominentów PO po 2009 nie spełnia moim zdaniem kryteriów rasowego polityka, patrzącego poza horyzont kolejnego pięciolecia, ...no może ten sympatyzujący z PO - Rafał Dutkiewicz.
6. Dżentelmen o wiek nie pyta
Już nawet sam tytuł tego wydarzenia jest w pewnym sensie obraźliwy. Nie wiedziałem wcześniej o tym, że Roman Polański zbałamucił nastolatkę. Wydarzenie to było szeroko komentowane przez 'gwiazdy' polskiego show biznesu, takie jak Dorota Stalińska (wulgarna, głośna w dosłownym znaczeniu aktorka serialowa), Katarzynę Figurę czy Krzysztofa Zanussiego.
Bełkot powyższych osób w niczym mi nie przeszkadzał, gorzej z oficjalną notą Radosława Sikorskiego, który reprezentuje na zewnątrz kraj, którego jestem obywatelem. Z całym szacunkiem dla Romana Polańskiego i jego twórczości, myślę że należy mu się cela razem z Piesiewiczem ubranym w sukienkę.
6. Afganistan, Iran i Korea Północna
Afganistan
Kim są tak naprawdę Afganie? Jaką mają mentalność po kilkudziesięciu latach wojny ze Związkiem Radzieckim, a później z Rosją? Jakie są motywy, że oficjalnie twierdzi się, że terroryści z Afganistanu atakują cele w USA? Lidera NATO, odwiecznego wroga Związku Radzieckiego i Rosji? Co myśli przeciętny obywatel tego rozległego kraju, który nie ma dostępu do Internetu i rzetelnej informacji, ale wie, że w walkach z NATO zginęło kilku jego sąsiadów? Kto jest wtedy jego wrogiem? W jaki sposób zareaguje, gdy zginie ktoś z jego bliskich? Gdzie będzie szukał okazji do zemsty i odzyskania dumy tak ważnej w jego kulturze? Jak wielki jest przemysł narkotykowy w Afganistanie? Te pytania nadal pozostają bez odpowiedzi po 2009.
Iran
Iran przez cały 2009 był szykanowany przez 'cywilizowany' Świat. Co chwilę, któryś z prominentów potępiał Mahmuda Ahmadineżada, a nawet groził zbrojną interwencją. Oczywiście, podążając za wspomnianymi i mediami, większość obywateli 'cywilizowanego' Świata również potępiała panujący reżim.. A to chyba nie tak trzeba postrzegać... przecież, Iran jest w stanie wojny z Izrealem, który posiada arsenał nuklearny i od wielu lat zapowiada atak, dlatego chyba trudno się dziwić, że Teheran się boi i prowadzi badania w kierunku rozwoju własnego potencjału nuklearnego. Ponadto, Iran sprzedaje ropę za euro, a nie za dolary co jest sprzeczne z interesem USA (w zasadzie Banku Federalnego, który faktycznie posiada władzę w USA), a po trzecie trzeba pamiętać, że Iran przez długi okres był opanowany przez brutalny reżim M. Rezy Pahlawiego, który rękami służb Savak trzymał w strachu całe społeczeństwo. Wyniszczył je doszczętnie, potrzeba czasu i kolejnych pokoleń, aby społeczeństwo Iranu odrodziło się zdrowe i nie obciążone mentalnością epoki. Ahmadineżad jest tylko skutkiem ubocznym tego procesu.
Korea północna
Korea Północna też była ciekawym zjawiskiem w 2009. Było o niej cicho. Świata nie obchodzi to, że tam ktoś umiera z głodu, nikogo nie obchodzi, że panujące tam chore umysły budują bomby jądrowe. Interwencja w Korei nie sztymuje nikomu, bo przecież w kontekście interwencji w tym kraju niewiele można zyskać.
4. Świńska grypa
Ładna nazwa w tym roku - A/H1N1. Już sama nazwa wywołuje emocje, jest taka syntetyczna, laboratoryjna i tajemnicza. Gdybym był premierem to szalejąca grypa byłaby mi na rękę, bo wiadomo że w obliczy nieznanego, tajemniczego zagrożenia dobrze jest zawierzyć liderowi. Niektórzy wieszają psy na minister Kopacz za to, że nie kupiła szczepionek na A/H1N1 (kurde, naprawdę dobra nazwa). Ciekaw jestem, jakie były tego motywy. Lekarska uczciwość, czy brak funduszy i polityka, dla spokojnego sumienia obstawiam, że to pierwsze. Martwi mnie jednak, że koncerny farmaceutyczne nie zdecydowały się na detaliczną sprzedaż szczepionek. Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie do aptek przychodzi matka chorowitego kilkunastoletniego chłopca z pytaniem o szczepionkę na A/H1N1 i dostaje odpowiedź, że nie jest dostępna w sprzedaży detalicznej. Jak dla mnie to dramatyczna sytuacja, bo rodzi się pytanie o moralność. Nawet tą korporacyjną, bardzo rozmytą.
3. Kradzież napisu
Ciekawe jaki był motyw kradzieży tego napisu. Czy były to względy estetyczne, dewiacja bogatego, chorego człowieka czy też chęć wbicia szpilki w plecy narodowi żydowskiemu. Tak czy inaczej, eskalacja działań mających na celu znalezienie skradzionego napisu trochę mnie oburza, bo są większe przestępstwa i pilniejsze potrzeby niż poszukiwanie napisu z bramy wjazdowej obozu koncentracyjnego. Oczywiście nie można dopuszczać do kradzieży tego typu symboli, ponieważ podtrzymują pamieć o tamtych wydarzeniach, ale czy właśnie ta pamięć zależy w tak wielkim stopniu od napisu wykonanego z kilku arkuszy blachy?
2. Jade Goody
Ludzie zniosą każdą tragedię, jeśli nie dotyczy ich samych. Dodatkowo tragedia innych, powoduje dreszczyk emocji, ciekawość i przyciąga przed telewizory. A kiedyś czytałem, że "The Running Man" Richarda Bachmana to science fiction. Jakiś głupi byłem!
1. Kryzys
Chciałbym pojechać do Wenezueli, dlatego, że tam na ulicy można spotkać miliardera i żebraka, którzy razem rozmawiają i jedzą obiad w Comedor. Zarówno jeden jak i drugi, wiedzą że z dnia na dzień może się coś przekręcić i zamienią się rolami. Dlatego, tam jedyną różnicą jest to, kto aktualnie płaci napiwek. U nas jest inaczej i stąd te dramaty. U nas nie czuje się tego, że można się z dnia na dzień stać żebrakiem, a Ci którzy twierdzą że Polske ominął kryzys i wszystko się poukładało radzę się ogarnąć, bo FED może z nich zrobić dłużników i wykolejeńców w kilka godzin.
Tyle...
Chciałbym jeszcze wspomnieć kilka osób, którzy odeszli w 2009, a którzy mieli wpływ na moje poglądy i postrzeganie.
Lista nieobecności:
Jan Wejchert - pasjonat i entuzjasta mediów.
Franciszek Starowieyski - trudno opisać jego twórczość, trzeba zobaczyć.
Zbigniew Religa - przeczytałem jego biografię i wywiady kilkakrotnie, Nigdy nie interesowałem się jego karierą polityczną, imponował mi jako lekarz.
Paweł Wieczorkiewicz - Jego wykłady i publikacje od wielu lat są dla mnie źródłem wiedzy o Rosji i Związku Radzieckim.
Piotr Morawski - Był dla nie wzorem podróżnika.
Maciej Rybiński - 2009 był dziewiątym rokiem spędzonym z jego felietonami, zawsze była to pozycja obowiązkowa w nowym wydaniu Wprost.
wtorek, 5 stycznia 2010
Mur
Niektórzy mówią, że mężczyźni dojrzewają do szóstego roku życia - później już tylko rosną. Rzeczywiście coś w tym jest, bo trudno jest wytłumaczyć w jaki sposób można na prostej drodze ...przypieprzyć w mur.

W niedzielne, śnieżne popołudnie kręciłem bączki na opuszczonym placu manewrowym na Naramowicach. Było świetnie. Kręcenie bączków na ręcznym, jazda długimi poślizgami tak mi się spodobała, że spędziłem tam prawie godzinę. Pod Lipy wracałem ulicą Karpią, która była wtedy zaśnieżona i pusta. I właśnie ta 'pustość' i wcześniejsze wrażenia z placu kazały mi wykręcić jeszcze jednego 'końcowego' bączka. Pierwszy wyszedł perfekcyjnie, drugi już gorzej... :/


Kiedy poszedłem oszacować rozmiar zniszczeń, okazało się że zdarzenie widział przechodzący, gdzieś w cieniu staruszek, który z szerokim uśmiechem skomentował wydarzenie tymi słowami - "Uuuu Panie, ale żeś pan przypierdolił."
Rozbiłem zderzak, halogen, i ramkę do tablicy. Pod samochodem znalazłem jeszcze trzy plastikowe długie elementy, nie wiem co to jest, ale też się roztrzaskały

Morał jest prosty - nie da się zrobić dwóch bączków na Karpiej.
wtorek, 22 grudnia 2009
Młodzież w dresach na Onecie
Przed walką Pudzianowskiego i Najmana na forum Onetu wrzało. Większość dresów z blokowisk, doskonale orientuje się w tym jak komuś włożyć palec w oko czy walnąć z 'dyńki'. Gorzej z pisaniem i czytaniem - nawet programu telewizyjnego. Zaciekawił mnie komentarz niejakiego 'paździora' i cięta riposta innego z forumowiczów.
~paździor
Kedy Ta Walks i o kturej Pudzian wygra
~Czajnik
Ty zamiast oglądać walki naucz się poprawnej ortografii. .. Lepiej na tym wyjdziesz niż oglądanie dwóch mięśniaków walących się po gębach.
~jurand
w piontek o szustej :)
~paździor
Kedy Ta Walks i o kturej Pudzian wygra
~Czajnik
Ty zamiast oglądać walki naucz się poprawnej ortografii. .. Lepiej na tym wyjdziesz niż oglądanie dwóch mięśniaków walących się po gębach.
~jurand
w piontek o szustej :)
niedziela, 13 września 2009
Nas nie przekonają, że czarne jest czarne, a białe jest białe...
Chata Polska, os. Pod Lipami. Promocja kosmetyków.
"To jest naprawdę dobry krem!"
"Musi pani wiedzieć, że trzeba dobierać krem do ciała, a nie ciało do kosmetyku..."
Ja nic nie rozumiem, ale do pełnego ogłupienia brakował mi tylko...
"Polecam, Janet Kaleta"
"To jest naprawdę dobry krem!"
"Musi pani wiedzieć, że trzeba dobierać krem do ciała, a nie ciało do kosmetyku..."
Ja nic nie rozumiem, ale do pełnego ogłupienia brakował mi tylko...
"Polecam, Janet Kaleta"
poniedziałek, 7 września 2009
Urlop
Był wtorek, grubo po północy. Zasypiałem ze słuchawkami na uszach, grzejąc się po ponad godzinie siedzenia i wpatrywania się w niebo nad Rusałką. Byłem spokojny i wyciszony. Każdy dźwięk wydobyty kiedyś spod dłoni Alexandre Desplata i utrwalony na ścieżce do Malowanego Welonu docierał do mojego umysłu najgłębiej jak tylko mógł, powodując przyjemne ciarki na plecach oraz przywołując miłe wspomnienia czasów, gdy pierwszy raz je usłyszałem. Mogłem sobie na to wszystko pozwolić, bo wiedziałem, że tej nocy nigdzie mi się nie spieszy, niczego nie muszę zrobić, żadnej ze spraw zawodowych nie muszę przemyśleć, bo już następnego dnia miałem pierwszy od wielu miesięcy dzień wolny - urlop :) (tak to się pisze?) I to cały dzień! Pięknie!
...
Jakby ktoś olbrzymowi golił brodę z dupy, żesz ja pierdolę! Kretyn goli trawnik golareczką na kiju, chyba do golenia.
To słowa Adasia Miałczyńskiego z filmu Dzień Świra, które idealnie wpasowują się w moją pierwszą myśl o ...7:45 rano w dniu mojego upragnionego dnia wolnego.
Całą wiosnę i całe lato pod moim oknem leniwie rosły sobie chwasty i trawa, a te grzmoty peruwiańskie musiały wziąć się za strzyżenie trawnika, akurat teraz!

Tym? Tą?
czwartek, 27 sierpnia 2009
Dziewicza Góra - nocą
Ta myśl, dręczyła mnie od kilku dni. Wiedziałem, że to w końcu zrobię. Po północy pojechałem na Dziewiczą Górę. Wjechałem rowerem na szczyt, postanowiłem zjechać. Przednie światła oświetlały tylko część trasy, a wertepy powodowały, że drogę postrzegało się w stroboskopowy sposób. Praktycznie nic nie widziałem, czułem tylko jak adrenalina uderza w skronie, powodując, że czas na każdą reakcję był akceptowalny. Prędkość z jaką zjeżdżałem oscylowała w okolicach 38km/h. Na końcu ścieżki jest sypki piasek, czułem jak grzęzną koła, jak tracę kontrolę nad rowerem. Przez moją głowę przebiegały te wszystkie ważne myśli, które dręczą mnie codziennie. Gdy na dole zsiadłem z roweru to nie mogłem ustać w miejscu. Wszytko było wyostrzone, serce biło z zawrotną prędkością. Cało moje ciało pulsowało. Nie wiem dlaczego to zrobiłem, nie potrafię wytłumaczyć tego braku emocji.
środa, 29 lipca 2009
Popuszczanie
Wracałem z Tomkiem z pracy, rozmawialiśmy o pierdach związanych z nagłym hamowaniem. W pewnym momencie Tomek powiedział coś nieoczekiwanego :P
Tomek: "Zawsze jak patrzę we wsteczne lusterko to popuszczam."
?
[myśli]
Klucz
Poszedłem pomachać na siłownię. Gdy już zrobiłem, co zrobić miałem, poszedłem się przebrać do szatni. Przez przypadek włożyłem kluczyk do nie swojej szafki i przekręciłem. Klucz się zaciął. Kręciłem w prawo w lewo, próbowałem wyciągnąć ten pieprzony kluczyk. Po kilkudziesięciu minutach, zaczynałem się poddawać. Musiałem iść do recepcji i powiedzieć co się stało. Z tym był trochę problem, bo nie wiedzieć, dlaczego w recepcji siłowni, pracują ..modelki. Za każdym razem, gdy idę na siłownie to siedzi inna laska, zawsze wyglądająca jak z okładki Cosmopolitan. Poza tym, kręcą się tam zawsze karki z sekcji rugby, a rozmowy w recepcji są na poziomie:
Recepcjonistka: "Wow, a Wy tak w burzy gracie, nie boicie się?"
Kark: "No wiesz mała, to jest pierwsza liga, to nie gra dla chłopczyków"
Czad :D
No trudno, poszedłem do recepcji:
Ja: "Mam problem, włożyłem kluczyk do nie swojej szafki i się zaciął"
Recepcjonistka: "Jak włożyłeś kluczyk do innej szafki?"
(Karki zaczęli się przysłuchiwać, czułem się jak idiota)
Ja: "Bo się pomyliłem"
Recepcjonistka: "Jak się pomyliłeś?"
(fuck! - w myślach)
Ja: "Pomyliłem się i włożyłem w inną szafkę, zaciął się i nie mogę wyjąć"
Recepcjonistka: "Ale po co wkładałeś klucz w nie swoją szafkę?"
(fuck! fuck! fuck! - w myślach)
Jeden z karków wstał i powiedział, że wyciągnie klucz. Poszedłem za nim, kark podszedł do szafki, załapał za klucz, przekręcił i wyciągnął (fuck!)
Strzeliłem od niechcenia:
Ja: "Dzięki..."
Kark: "Spoko, nie przejmuj się..."
Czułem się jakby mi dał po twarzy. "Dżizas, kurwa ja pierdole"
Recepcjonistka: "Wow, a Wy tak w burzy gracie, nie boicie się?"
Kark: "No wiesz mała, to jest pierwsza liga, to nie gra dla chłopczyków"
Czad :D
No trudno, poszedłem do recepcji:
Ja: "Mam problem, włożyłem kluczyk do nie swojej szafki i się zaciął"
Recepcjonistka: "Jak włożyłeś kluczyk do innej szafki?"
(Karki zaczęli się przysłuchiwać, czułem się jak idiota)
Ja: "Bo się pomyliłem"
Recepcjonistka: "Jak się pomyliłeś?"
(fuck! - w myślach)
Ja: "Pomyliłem się i włożyłem w inną szafkę, zaciął się i nie mogę wyjąć"
Recepcjonistka: "Ale po co wkładałeś klucz w nie swoją szafkę?"
(fuck! fuck! fuck! - w myślach)
Jeden z karków wstał i powiedział, że wyciągnie klucz. Poszedłem za nim, kark podszedł do szafki, załapał za klucz, przekręcił i wyciągnął (fuck!)
Strzeliłem od niechcenia:
Ja: "Dzięki..."
Kark: "Spoko, nie przejmuj się..."
Czułem się jakby mi dał po twarzy. "Dżizas, kurwa ja pierdole"
piątek, 24 lipca 2009
Trochę o informatykach
Mam czasem wrażenie, że informatykowi blisko jest do Pasztuna. Jest dumny z tego co robi, przesiaduje przez długi czas w jednym miejscu, o kobietach wie, że istnieją, chodzi obładowany gadżetami, źle się ubiera i potrafi przez całą noc farmazonić o rzeczach, które są ciekawe tylko dla niego i jemu podobnych. Mówi się też, że informatycy są nudni i notorycznie nie mają czasu. Złośliwi ludzie umieszczają nawet w internecie, zdjęcia tego typu, podpisując je "Impreza u informatyków"

Lub inne opisujące styl życia informatyka...

Skandal!
Tak naprawdę to odsetek nudnych osób wśród informatyków jest porównywalny do tego właściwego do innych zawodów. Co do braku czasu to już gorzej. Prawdopodobnie wynika z tego, że nie jest dziedzina nauki, której przedmiotem jest obiekt namacalny. Problem można sobie zobrazować na przykładzie. Jeśli inżynier budownictwa ma problem z pustakiem to może go wziąć, pomacać i stwierdzić wręcz ogranoleptycznie, gdzie jest problem. W informatyce jest inaczej, pracuje się na kodach, pewnych ontologiach i na różnych poziomach abstrakcji, które można ogarnąć tylko wtedy, kiedy potrafi się myśleć abstrakcyjne, a to już nie takie łatwe jak ...pomacać pustaka. Stąd, rozwiązywanie problemów jest dużo trudniejsze i wymaga większego nakładu czasu. Mnogość problemów z którymi musi się zmierzyć w pracy, dodatkowo powoduje pewne schorzenie zawodowe - stoicki spokój i przesadną cierpliwość. Przydaje się, gdy się stoi w kolejce w warzywniaku, gorzej w życiu, gdzie czasem trzeba komuś powiedzieć, żeby spadał...
Dla nieświadomych społecznie i technicznie, którzy naglę się oburzyli i zaczną krzyczeć "No jak! A drukarki nie może dotknąć i naprawić!?" Odpowiem krótko - douczcie się grzmoty peruwiańskie. Informatyk - programista, projektant czy architekt systemowy to nie koleś od drukarek! Tak gwoli ścisłości :)
Wszystkie wyżej wymienione myśli są powierzchowne, mogą mieć pewien wpływ na to kim jest informatyk. Jak się tak dobrze przyjrzeć to problem leży, gdzie indziej. Pasja i misja to słowa klucze, które determinują działania informatyka. Tutaj tkwi sedno. Tworząc nawet najbardziej wyrafinowane systemy, które mają posłużyć setką tysięcy ludzi, co chwilę napotyka się na jakąś słabą ludzką myśl, funkcjonalność, która posłuży bardziej wydajnej pracy, zarabianiu pieniędzy, biznesowi. To słabe, bo nie powinno się wkładać dużej części swojego życia jaką jest praca w coś co ma na celu zarabianie pieniędzy. Drugą sprawa to świadomość mechanizmów, które funkcjonują na świecie. Kiedy przeczytałem "Samotność w sieci" byłem spocony i nie mogłem zasnąć. Zafascynowało mnie tworzenie algorytmów analizujących kody DNA ...teraz po kilku latach wiem, że stworzenie lekarstwa na raka jest problemem informatycznych, obliczeniowy i że problem ten został dawno rozwiązany. Dlaczego nie ma jeszcze lekarstwa na raka? Równie dobrze można zapytać o to co było celem wojny w Iraku. Właśnie ta świadomość jest zabójcza.
Medycyna, gdybym mógł zrestartować swój żywot, to właśnie wybrałbym tę drogę. Tylko medycyna i nauki medyczne określiły właściwie swój cel. Jedyny słuszny, jedyny, który stawia dobro człowieka na piedestale.
Z perspektywy osoby nie związanej z medycyną, zawsze będzie zagadką to co czuje chirurg, po kilkonastogodzinnej operacji obcego człowieka. Co czuje kardiolog, który bez fochów, wstaje o piątej rano, żeby pojechać na izbę przyjęć. Informatyk nigdy się tego nie dowie, a większość z nas nie wstanie o piątej rano, żeby naprawić błąd w systemie, a jeśliby wstał to kląłby niemiłosiernie.
Pozostaje przemilczeć i nie myśleć o tym.

Lub inne opisujące styl życia informatyka...

Skandal!
Tak naprawdę to odsetek nudnych osób wśród informatyków jest porównywalny do tego właściwego do innych zawodów. Co do braku czasu to już gorzej. Prawdopodobnie wynika z tego, że nie jest dziedzina nauki, której przedmiotem jest obiekt namacalny. Problem można sobie zobrazować na przykładzie. Jeśli inżynier budownictwa ma problem z pustakiem to może go wziąć, pomacać i stwierdzić wręcz ogranoleptycznie, gdzie jest problem. W informatyce jest inaczej, pracuje się na kodach, pewnych ontologiach i na różnych poziomach abstrakcji, które można ogarnąć tylko wtedy, kiedy potrafi się myśleć abstrakcyjne, a to już nie takie łatwe jak ...pomacać pustaka. Stąd, rozwiązywanie problemów jest dużo trudniejsze i wymaga większego nakładu czasu. Mnogość problemów z którymi musi się zmierzyć w pracy, dodatkowo powoduje pewne schorzenie zawodowe - stoicki spokój i przesadną cierpliwość. Przydaje się, gdy się stoi w kolejce w warzywniaku, gorzej w życiu, gdzie czasem trzeba komuś powiedzieć, żeby spadał...
Dla nieświadomych społecznie i technicznie, którzy naglę się oburzyli i zaczną krzyczeć "No jak! A drukarki nie może dotknąć i naprawić!?" Odpowiem krótko - douczcie się grzmoty peruwiańskie. Informatyk - programista, projektant czy architekt systemowy to nie koleś od drukarek! Tak gwoli ścisłości :)
Wszystkie wyżej wymienione myśli są powierzchowne, mogą mieć pewien wpływ na to kim jest informatyk. Jak się tak dobrze przyjrzeć to problem leży, gdzie indziej. Pasja i misja to słowa klucze, które determinują działania informatyka. Tutaj tkwi sedno. Tworząc nawet najbardziej wyrafinowane systemy, które mają posłużyć setką tysięcy ludzi, co chwilę napotyka się na jakąś słabą ludzką myśl, funkcjonalność, która posłuży bardziej wydajnej pracy, zarabianiu pieniędzy, biznesowi. To słabe, bo nie powinno się wkładać dużej części swojego życia jaką jest praca w coś co ma na celu zarabianie pieniędzy. Drugą sprawa to świadomość mechanizmów, które funkcjonują na świecie. Kiedy przeczytałem "Samotność w sieci" byłem spocony i nie mogłem zasnąć. Zafascynowało mnie tworzenie algorytmów analizujących kody DNA ...teraz po kilku latach wiem, że stworzenie lekarstwa na raka jest problemem informatycznych, obliczeniowy i że problem ten został dawno rozwiązany. Dlaczego nie ma jeszcze lekarstwa na raka? Równie dobrze można zapytać o to co było celem wojny w Iraku. Właśnie ta świadomość jest zabójcza.
Medycyna, gdybym mógł zrestartować swój żywot, to właśnie wybrałbym tę drogę. Tylko medycyna i nauki medyczne określiły właściwie swój cel. Jedyny słuszny, jedyny, który stawia dobro człowieka na piedestale.
Z perspektywy osoby nie związanej z medycyną, zawsze będzie zagadką to co czuje chirurg, po kilkonastogodzinnej operacji obcego człowieka. Co czuje kardiolog, który bez fochów, wstaje o piątej rano, żeby pojechać na izbę przyjęć. Informatyk nigdy się tego nie dowie, a większość z nas nie wstanie o piątej rano, żeby naprawić błąd w systemie, a jeśliby wstał to kląłby niemiłosiernie.
Pozostaje przemilczeć i nie myśleć o tym.
środa, 24 czerwca 2009
Duke Ellington & John Coltrane - In a Sentimental Mood
Są takie utwory, które usłyszy się, gdzieś przypadkiem i momentalnie przechodzą Cię ciarki po plecach. Po czasie, ciągle pamiętasz tą melodię i sytuację w jakiej ją usłyszałeś. Maria Peszek powiedziałaby może, że jarzą się i parzą jak druciki z miedzi. Zapadają w pamięci na zawsze i gdy tylko sobie przypomnisz melodię czy motyw z tego utworu to przypomina Ci się cała, często miła sytuacja. To działa trochę tak jak tłumaczą szamani od NLP - pokaż komuś świąteczną ciężarówkę Coca-Coli, a z pewnością się uśmiechnie. Nie możną mieć na własność szczęścia, więc dobrze, że są chociaż wspomnienia i utwory z którymi się kojarzą. Abstrahując już od wspomnień, "In a Sentimental Moods" Duka Ellingtona i Johna Coltrane jest po prostu genialny. Ten utwór usłyszałem ponad cztery lata temu w mojej ulubionej kawiarni Behemot w Poznaniu, urzekł mnie momentalnie. Żałowałem przez długi czas, że nie zapytałem wtedy o wykonawcę. Potem, usłyszałem "In a Sentimental Moods" w taksówce, wracając późno w nocy, po wejściu do mieszkania, szukałem tego kawałka prawie do rana, opisując na forach, melodię i wymieniając instrumenty, niestety bez skutku. Jakiś czas temu, stojąc w kolejce do kibelka w Dragonie poznałem Joannę, pogadaliśmy chwilę o muzyce, która właśnie leciała i poszliśmy załatwić sprawy, w kontekście których staliśmy. Po jakimś czasie ponownie spotkałem Joannę, znowu w Dragonie. Pograliśmy w piłkarzyki i zaczęliśmy rozmawiać - tylko o muzyce. Przez kolejne kilka "dragonowych wieczorów" spotykałem Joannę, która ciągle mi wypominała, że nie znam John Coltrane. Bez przerwy namawiała "Posłuchaj Johna Coltrane - jest genialny" Przestałem chodzić do Dragona i wszystkie te rozmowy i John Coltrane poszły w niepamięć. W niedzielne południe zazwyczaj słuchał audycji "Siesta - Muzyka Świata" prowadzonej przez Marcina Kydryńskiego w radiowej Trójce i właśnie podczas tej audycji w przerywniku była reklama Polityki z płytą Johna Coltrane. Pomyślałem wtedy "Aaaa, Coltrane!" i poleciałem po Politykę. Sam sposób grania Johna Coltrane na saksofonie wydał mi się znajomy. Poszukałem trochę na necie i przypadkiem trafiłem właśnie na recenzję płyty Duke Ellington & John Coltrane, klikałem w próbki utworów, aż w końcu trafiłem na pierwszy utwór z tej płyty. Boskie 4 minuty i 14'scie sekund "In a Sentimental Moods"
"In a Sentimental Moods" To dla mnie kwintesencja jazz'u. Prosty, przewodni motyw Duka Ellingtona otaczany i rozbudowywany przez Johna Coltran'a. Sama melodia, wyznaczona prostym, fortepianowym tematem Ellingtona, trochę tak od niechcenia, ale zaczepna i mająca coś takiego wyjątkowego, synchronizującego się z rytmem organizmu. Coś, co powoduje, ze wyobrażasz sobie w myślach koncert i czujesz tą melodię tak prostą i tak genialną.
Już jest za późno, żeby usłyszeć Duke Ellingtona i Johna Coltrane wykonujących na żywo "In a Sentimental Moods" - pomimo tego dopiszę ich koncert do swojej krótkiej listy marzeń.
Panie i panowie, czapki z głów - Duke Ellington & John Coltrane - In a Sentimental Mood
http://w151.wrzuta.pl/audio/0fmgbh9rrSR/duke_ellington_john_coltrane_-_in_a_sentimental_mood
"In a Sentimental Moods" To dla mnie kwintesencja jazz'u. Prosty, przewodni motyw Duka Ellingtona otaczany i rozbudowywany przez Johna Coltran'a. Sama melodia, wyznaczona prostym, fortepianowym tematem Ellingtona, trochę tak od niechcenia, ale zaczepna i mająca coś takiego wyjątkowego, synchronizującego się z rytmem organizmu. Coś, co powoduje, ze wyobrażasz sobie w myślach koncert i czujesz tą melodię tak prostą i tak genialną.
Już jest za późno, żeby usłyszeć Duke Ellingtona i Johna Coltrane wykonujących na żywo "In a Sentimental Moods" - pomimo tego dopiszę ich koncert do swojej krótkiej listy marzeń.
Panie i panowie, czapki z głów - Duke Ellington & John Coltrane - In a Sentimental Mood
http://w151.wrzuta.pl/audio/0fmgbh9rrSR/duke_ellington_john_coltrane_-_in_a_sentimental_mood
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Kajaki
Piątek.
Spływ kajakowy rzeką Dobrzycą rozpoczął się teoretycznie w piątek wieczorem. Zaraz po pracy pojechaliśmy do Szwecji. Niestety nie do tej od IKEA i Volvo, tylko do małej Szwecji, kilkanaście kilometrów za Wałczem. Przez Szwecję przepływa rzeka Dobrzyca. W Szwecji można się zatrzymać przy Białej Kładce. Do zatrzymania się przy niej zachęca taki oto baner.

W 'ośrodku' Przy Białej Kładce można wypożyczyć kajak, zjeść śniadanie, obiad i przespać się zaadoptowanej na potrzeby turystów oborze. Warunki są nawet przyzwoite. Jest prysznic, kominek i kilka miejsc na ognisko. Wygląda to mniej więcej tak:




Do Szwecji dotarliśmy około godziny 22'giej. Rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy słuchać opowieści Falara. Po dłuższej chwili, wszyscy patrzyli po sobie w oczekiwaniu, aż ktoś się w końcu wyrwie i powie, że jest głodny. Byłem w towarzystwie najmłodszy, więc mi przypadło dymanie do najbliższego sklepu po zakupy. Niestety w Szwecji nie ma 24'ro godzinnych sklepów. Najbliższy otwarty sklep był w Ostrowcu. Sklep w Ostrowcu, chociaż bardzo mały, zaskoczył mnie pod wieloma względami. O cokolwiek nie spytałem, to pani zawsze miała, wyciągając zamawiany towar spod lady. Zrobiłem zakupy i wróciłem do Szwecji. Bardzo miło wspominam ten wieczór. Impreza przy ognisku trwała prawie do piątej rano. Za rzeką Dobrzycą odbywała się konkurencyjna impreza w mocno damskim składzie. Były nawet głosy, żeby zapakować Falara do kajaka i wysłać na przeszpiegi. Poszliśmy spać grubo po 5'tej rano.
Sobota.
Rano poszedłem się 'przewietrzyć'. Obok miejsca, gdzie spaliśmy była psia buda. Wyszedł z niej mały kundelek przytwierdzony do budy metrowym łańcuchem. Trzeba być skończoną świnią, żeby skazać psa na takie bytowanie. Nie mogłem oderwać od niego oczu. Patrzył na mnie z takim wyrzutem i nadzieją... Chciałem odczepić ten łańcuch i przejść się trochę z tym psem. Wtedy, wyczaił mnie gospodarz, który dość dosłownie określił, co o tym spacerze myśli. Bezradność to uczucie, które mnie szczególnie boli. Nic nie mogłem zrobić, ale wiedziałem, że to był mój pierwszy i ostatnie raz, kiedy zatrzymałem się Przy Białej Kładce.
W okolicach 9'tej przyjechała pozostała cześć ekipy, z którą miałem pokonać kilkanaście kilometrów rzeką Dobrzycą. W oczekiwaniu na transport, nawadnialiśmy nasze organizmy izotonicznymi płynami, bogatymi w witaminę C.


Człowiek organizujący spływ, wiózł nas przez prawie godzinę na miejsce startu spływu. Co ciekawe, pomimo fatalnego pod względem pogody tygodnia, akurat w sobotę świeciło słońce i było dość ciepło.

- Wodowanie

Trasa spływu była naprawdę ciężka, co chwilę napotykało się na miejsca, gdzie trzeba było wysiąść z kajaka i przetaszczyć go przez zwalony konar lub mieliznę. Płynąłem z Piotrem na końcu stawki.

- Fuszer i Marcin

- Niezniszczalny Falar i jego wierne rekwizyty + Marek

- Bartłomiej, w szczerym ujęciu

- Katarzyna i Przemo, który jeszcze nie wie, że dostanie za chwile z wiosła.

- Momentami, było naprawdę mało komfortowo.

- Ale i malowniczo.

Wsiadając do kajaka dostaliśmy tzn. "śniadanie do kajaka". Taki zestaw to zazwyczaj bułka, baton i owoc. I właśnie ta bułka miała tego dnia odegrać kluczową rolę. Po niecałej godzinie drogi, zabrałem się do konsumpcji wspomnianej wyżej bułki. Było w niej coś złośliwego. Po kolejnej godzinie spływu, zaczęło mi brakować sił, Piotr przestał się odzywać i wyglądał delikatnie mówiąc ...niewyjściowo. Dramat rozpoczął się, kiedy przenosiliśmy kajak brzegiem rzeki, aby ominąć tarasując dalszy spływ konar. Piotr poleciał, gdzieś do lasu, a ja rozglądałem się po okolicy, szukając przejawów cywilizacji.
- Czas spadać z tej dziczy.

Piotr w końcu powiedział, że źle się czuje i potrzebuje chwili odpoczynku, spojrzałem na niego - był cały blady. Machałem więc tymi wiosłami, jak tylko potrafię, byle dotrzeć do pierwszego punktu zatrzymania zlokalizowanego w Golcach. W pewnym momencie poczułem rewolucje w żołądku. Wiedzieliśmy już, że to przez bułkę i że się ostro zatruliśmy.
Wsiadłem do kajaka i próbowaliśmy płynąć dalej. Nie pamiętam już, kiedy czułem się tak okropnie jak wtedy. Każdy wysiłek, odepchnięcie wiosłem od brzegu, czy przepłynięcie przez konar, kończyło się tym, że przez ciało przechodziła fala ciepła, powodując niewiarygodny ból w głowie i mroczki w oczach. Płynęliśmy ostatkiem sił. Piotr poczuł się trochę lepiej i w magiczny sposób dopłynęliśmy do opuszczonego hotelu Trzcibór, miejsca, gdzie ktoś mógłby nas zabrać z trasy. Kolejnym problemem okazał się telefon, którego bateria, na skutek ciągłego łapania zasięgu rozładowała się momentalnie. Udało nam się zadzwonić tylko raz i powiedzieć, gdzie mniej więcej jesteśmy. Dowiedzieliśmy się również, że gastryczne problemy dopadły nie tylko nas. Wyciągnęliśmy kajak na parking przed Trzciborem.

Po czym padliśmy na ziemię, zmęczeni, trzęsąc się z zimna. Po godzinie nieruchomej egzystencji, zaczęliśmy kombinować w jaki sposób wydostać się z tej głuszy. Poszedłem do Trzcibora.

Trzcibór jest opuszczonym hotelem z ponad setką pokoi, pilnuje go stróż, który uparcie twierdził, że to jego hotel i zamierza go otworzyć w przyszłym roku. Sam Trzcibór to kompletna PRL'owska ruina, więc jeśli stróż mówił prawdę, to czeka go naprawdę dużo pracy. Opowiedziałem stróżowi o tym co się stało, na co gość mi warknął, żebym mówił głośniej, bo jest prawie głuchy. Po dłuższej chwili stróż chwycił o co mi chodzi, ale na pomysł, że chce przełożyć kartę SIM do jego telefonu zareagował mniej więcej tak:
"Czyś pan zgłupiał!?"
Jego nastawienie zdecydowanie zmieniło się po tym jak mu dałem dychę. Udało mi się dodzwonić i określić dokładnie, gdzie jesteśmy. Czatowaliśmy na tym parkingu prawie pięć godzin. Jak już dowiedzieliśmy się, że jedzie po nas koleś od kajaków to przytargaliśmy kajak na skraj drogi. Wyglądało to trochę tak, jakbyśmy chcieli złapać stopa z bagażem w postaci kajaka. Wzbudzaliśmy niemałą ciekawość przejeżdżających osób. Nie dziwię się temu bo sytuacja zapewne wyglądała dość komicznie.
W okolicach 19'stej przyjechał facet od kajaków, któremu nie omieszkaliśmy wygarnąć za śniadanie i trefną bułkę.
Po powrocie do Szwecji, obraz był co najmniej nieciekawy. Falar padł, tam gdzie stał, a reszta dogorywała.


Jedyne o czy myślałem po przyjeździe to ciepły śpiwór i sen. Nie zastanawiałem się długo na tym co będę robił dalej, tylko położyłem się spać. Większość ekipy wybrała wieczorną imprezę, która z czasem przerodziła się we wspólne śpiewanie szant. Zasypiałem, słysząc za okna:
Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści
Wtedy chętniej słucha człowiek
Morskich opowieści.
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
W okolicach północy, ktoś przypomniał sobie o mnie i usiłował namówić do wspólnego śpiewania ...targając zawiniętego w śpiwór po pokoju. Nie pamiętam, kto to był i czym motywował to co robił, byłem w suchym, błogim, ciepłym półśnie i tylko to mnie interesowało :)
Niedziela.
Nie było bata, żeby ktoś mnie zmusił do załadowania się do kajaka w ten dzień. Było mi zimno, ręce trzęsły mi się jeszcze po tym cholernym zatruciu. Po towarzystwie widać było trudy wczorajszej imprezy. Deszcz lał jak z cebra, więc ostatecznie, niedzielny spływ został odwołany.
Moda, a może nie moda na motory wśród moich znajomych rozprzestrzenia się w piorunującym tempie. W spływie brało udział około dwudziestu osób, z czego połowa przyjechała na motorach. Muszę przyznać, że jest coś fascynującego w motorach. Niecałe trzysta kilogramów wagi i moc dochodząca do stu koni mechanicznych. Do tego całą subkultura motorowa, no i te trzy sekundy do setki. Naprawdę robi wrażenie.

Cieszyłem się z tego spływu. Szkoda, że przytrafiło nam się to zatrucie. Z drugiej strony, można zadać pytanie o to, co jest fajnego w wiosłowaniu przez cały dzień, chodzeniu po pokrzywach, marznięciu w lodowatej wodzie i siłowaniu się z przewalonymi konarami?
Teraz sam nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może to swoistego rodzaju nałóg. Jeśli tak, to co ma zagłuszać?
sobota, 9 maja 2009
Dnia 07.05.2009
Obudził mnie budzik z komórki, tak głośny, że czułem jak przenika całe moje ciało. Spojrzałem na zegarek czekając na wyrok.

Winny! Trzeba wstawać, obiecałem sobie, że będę przychodził do pracy przed ósmą rano. Jeśli teraz bym się poddał to drugie takie postanowienie może już nie mieć tej mocy jak to. Każdy ruch sprawiał, że pulsujący ból w mojej głowie, stawał się nie tylko mocniejszy, ale też bardziej wyrachowany, atakując wszystkie słabe miejsca. Przegrywałem z bólem na każdej pozycji. Dowlokłem się do łazienki i zobaczyłem siebie w lustrze. Trudy wczorajszego bilarda było widać gołym okiem. Najwidoczniej było coś złośliwego w tych kilku piwach, które wczoraj wypiłem, no bo przecież nie było ich aż tak dużo ...chyba. Minuty mijały i w końcu udało mi się ogarnąć i wyjść do pracy. Pić! Wołało moje ciało i był to krzyk władczy i nietolerujący sprzeciwu. Wstąpiłem do pobliskiego warzywniaka i stanąłem w kolejce za babką, która nie mogła się zdecydować, czy kupić dwa pomidory czy może lepiej trzy. I tak przebiera w tej skrzynce przez ponad dziesięć minut. "Pani, ja tu ginę! Krzyczałem w myślach. Uzupełniłem płyny zaraz po wyjściu z warzywniaka i skierowałem się w kierunku przystanku autobusowego. Na przystanku stało sporo ludzi, więc wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus.

Przyspieszyłem kroku, chociaż już i tak się pogodziłem z tym co się stanie.

No tak. Zawsze mi spieprzy autobus, niezależnie od tego, o której wyjdę. Jakby czekał, aż pojawię się na drodze do przystanku i dopiero ruszał. Poczekałem na następny autobus i pojechałem. Przejechałem tylko dwa przystanki i musiałem wysiąść. Rozejrzałem się wokół, znalazłem śmietnik i wyrzuciłem ten worek ze śmieciami. Ruszyłem dalej w stronę pracy już bez przeszkód i niepotrzebnego balastu.
O 17'stej zameldowałem się u dentysty, a właściwie dentystki. Uwielbiam tą kobietę, ma niesamowite poczucie humoru i kompletnie niczym się nie krępuje, dlatego pobyt u niej to pomimo oczywistego dyskomfortu jest naprawdę miły i zabawny. Już na wejściu powiedziała to czego się obawiałem i co zawsze powtarza "Witam panie Tomku, pani Bożenko (asystentka) proszę przygotować znieczulenie, albo najlepiej dwa". I się cieszy :)
Usiadłem na fotelu, pani zaczęła coś tam robić i po chwili pyta bez kontekstu "Pan też jest daleka, co?" Odpowiedziałem, że nie, że jestem raczej z bliska. "Jest pan u mnie na fotelu, proszę się słuchać. Jak mówię, że jest pan z daleka to tak jest. Pani Bożenko, proszę zanotować w kartotece, że pacjent nie zgadza się z decyzjami lekarza" I znowu się cieszy. Po dłuższej chwili, kolejne pytanie.
Dentystka: "Włożyć panu gumę?"
Ja: "Jaką gumę?"
Dentystka: "No gumę, zrobić panu gumę?"
Ja: "A po co ta guma?"
Dentysta: "Fajna jest guma. Pani Bożenko, zrobimy panu gumę."
Okazało się, że guma to taki arkusz gumy z dziurą na ząb. Mocuje się go na specjalnym przyrządzie i rzeczywiście jest fajna bo wszystkie paprochy lecą na gumę, a nie do gardła. Leżałem plackiem na fotelu z gumą, sączkiem, okularach i przyrządem wkręconym w moje usta. Po chwili, kolejne pytanie, a właściwie rozkaz.
Dentystka: "Proszę mi podać to niebieskie co leży obok pana"
Szarpię się z całym tym sprzętem podpiętym do mnie, żeby podać to niebieskie coś. Patrze na dentystkę, a ona patrzy na mnie ucieszona.
Dentystka: "Żartowałam. Pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent zachowuje się właściwie i wykonuje rozkazy."
Leże dalej, już prawie godzinę.
Dentystka: "Pani Bożenko proszę tu szybko przyjść"
Dentystka: "Widzi pani?"
Bożenka: "Co?"
Dentystka: "Ten strach w oczach. Uwielbiam to."
I się znowu cieszy. Do drzwi zaczęli dobijać się pacjenci, którzy byli po mnie.
Dentystka: "Pani Bożenko, proszę poinformować pacjentów, że muszą trochę poczekać bo nam pacjent zemdlał"
Już widziałem te spojrzenia ludzi, gdy będę wychodzić. I te ich szydercze myśli "Taki duży chłopak, a mdleje u dentysty"".
Problem mojego zęba został rozwiązany o czym pani dentystka poinformowała mnie śpiewając.
Dentystka: Zabiłam byka cóż to dla mnie byk.....z byka krew sika,siku siku sik!
Mój pobyt przedłużał się. Dostałem kolejne kłopotliwe pytanie.
Dentystka: "Chce pan Fuji?"
Ja: "co?"
Dentystka: No, czy chce pan Fuji"
Ja: "A co to jest?"
Dentysta: "Boże, pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent przychodzi na wizyty nieprzygotowany."
Pani dentystka szalała, ze śmiechu.
Dostałem Fuji. W końcu mnie wypuściła, przemknąłem przed ludźmi w poczekalni słysząc ich myśli "Patrz, to ten co zemdlał". Generalnie było fajnie bo śmiechu było tyle, że zapomniałem o bólu i problemie jaki miałem.
Wróciłem do pracy. Zbliżała się 21'wsza, więc czas było pojechać do mieszkania. Po drodze wstąpiłem do Chaty Polskiej po zakupy, kupiłem jakieś bzdury i poszedłem spacerkiem do mieszkania. Dopiero w mieszkaniu miały ujawnić się efekty przemęczenia i setek myśli, które przewinęły się przez moją głowę w ostatnim tygodniu.
Gdy wracałem z tej Chaty Polskiej to zwróciłem uwagę, na spojrzenia mijających mnie osób. Tak się złożyło, że były to same dziewczyny, więc zacząłem sobie nawet trochę wlewać, że może zmężniałem albo coś. Otóż nie. Położyłem wszystko na stole i doznałem olśnienia. Przytaszczyłem zakupy ...razem z koszykiem. Osobisty dramat. Po chwili przyszła Asia, spojrzała na koszyk i nawet nie komentowała. Ucieszona, dobiła mnie ostatecznie ..."Tomek, to chyba nie najlepszy moment ale syfon do końca odpadł i nie ma gdzie naczyń myć.".
Cóż, mam koszyk, ale chyba czas odpocząć ...i jeszcze ten cholerny syfon.


Winny! Trzeba wstawać, obiecałem sobie, że będę przychodził do pracy przed ósmą rano. Jeśli teraz bym się poddał to drugie takie postanowienie może już nie mieć tej mocy jak to. Każdy ruch sprawiał, że pulsujący ból w mojej głowie, stawał się nie tylko mocniejszy, ale też bardziej wyrachowany, atakując wszystkie słabe miejsca. Przegrywałem z bólem na każdej pozycji. Dowlokłem się do łazienki i zobaczyłem siebie w lustrze. Trudy wczorajszego bilarda było widać gołym okiem. Najwidoczniej było coś złośliwego w tych kilku piwach, które wczoraj wypiłem, no bo przecież nie było ich aż tak dużo ...chyba. Minuty mijały i w końcu udało mi się ogarnąć i wyjść do pracy. Pić! Wołało moje ciało i był to krzyk władczy i nietolerujący sprzeciwu. Wstąpiłem do pobliskiego warzywniaka i stanąłem w kolejce za babką, która nie mogła się zdecydować, czy kupić dwa pomidory czy może lepiej trzy. I tak przebiera w tej skrzynce przez ponad dziesięć minut. "Pani, ja tu ginę! Krzyczałem w myślach. Uzupełniłem płyny zaraz po wyjściu z warzywniaka i skierowałem się w kierunku przystanku autobusowego. Na przystanku stało sporo ludzi, więc wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus.

Przyspieszyłem kroku, chociaż już i tak się pogodziłem z tym co się stanie.

No tak. Zawsze mi spieprzy autobus, niezależnie od tego, o której wyjdę. Jakby czekał, aż pojawię się na drodze do przystanku i dopiero ruszał. Poczekałem na następny autobus i pojechałem. Przejechałem tylko dwa przystanki i musiałem wysiąść. Rozejrzałem się wokół, znalazłem śmietnik i wyrzuciłem ten worek ze śmieciami. Ruszyłem dalej w stronę pracy już bez przeszkód i niepotrzebnego balastu.
O 17'stej zameldowałem się u dentysty, a właściwie dentystki. Uwielbiam tą kobietę, ma niesamowite poczucie humoru i kompletnie niczym się nie krępuje, dlatego pobyt u niej to pomimo oczywistego dyskomfortu jest naprawdę miły i zabawny. Już na wejściu powiedziała to czego się obawiałem i co zawsze powtarza "Witam panie Tomku, pani Bożenko (asystentka) proszę przygotować znieczulenie, albo najlepiej dwa". I się cieszy :)
Usiadłem na fotelu, pani zaczęła coś tam robić i po chwili pyta bez kontekstu "Pan też jest daleka, co?" Odpowiedziałem, że nie, że jestem raczej z bliska. "Jest pan u mnie na fotelu, proszę się słuchać. Jak mówię, że jest pan z daleka to tak jest. Pani Bożenko, proszę zanotować w kartotece, że pacjent nie zgadza się z decyzjami lekarza" I znowu się cieszy. Po dłuższej chwili, kolejne pytanie.
Dentystka: "Włożyć panu gumę?"
Ja: "Jaką gumę?"
Dentystka: "No gumę, zrobić panu gumę?"
Ja: "A po co ta guma?"
Dentysta: "Fajna jest guma. Pani Bożenko, zrobimy panu gumę."
Okazało się, że guma to taki arkusz gumy z dziurą na ząb. Mocuje się go na specjalnym przyrządzie i rzeczywiście jest fajna bo wszystkie paprochy lecą na gumę, a nie do gardła. Leżałem plackiem na fotelu z gumą, sączkiem, okularach i przyrządem wkręconym w moje usta. Po chwili, kolejne pytanie, a właściwie rozkaz.
Dentystka: "Proszę mi podać to niebieskie co leży obok pana"
Szarpię się z całym tym sprzętem podpiętym do mnie, żeby podać to niebieskie coś. Patrze na dentystkę, a ona patrzy na mnie ucieszona.
Dentystka: "Żartowałam. Pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent zachowuje się właściwie i wykonuje rozkazy."
Leże dalej, już prawie godzinę.
Dentystka: "Pani Bożenko proszę tu szybko przyjść"
Dentystka: "Widzi pani?"
Bożenka: "Co?"
Dentystka: "Ten strach w oczach. Uwielbiam to."
I się znowu cieszy. Do drzwi zaczęli dobijać się pacjenci, którzy byli po mnie.
Dentystka: "Pani Bożenko, proszę poinformować pacjentów, że muszą trochę poczekać bo nam pacjent zemdlał"
Już widziałem te spojrzenia ludzi, gdy będę wychodzić. I te ich szydercze myśli "Taki duży chłopak, a mdleje u dentysty"".
Problem mojego zęba został rozwiązany o czym pani dentystka poinformowała mnie śpiewając.
Dentystka: Zabiłam byka cóż to dla mnie byk.....z byka krew sika,siku siku sik!
Mój pobyt przedłużał się. Dostałem kolejne kłopotliwe pytanie.
Dentystka: "Chce pan Fuji?"
Ja: "co?"
Dentystka: No, czy chce pan Fuji"
Ja: "A co to jest?"
Dentysta: "Boże, pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent przychodzi na wizyty nieprzygotowany."
Pani dentystka szalała, ze śmiechu.
Dostałem Fuji. W końcu mnie wypuściła, przemknąłem przed ludźmi w poczekalni słysząc ich myśli "Patrz, to ten co zemdlał". Generalnie było fajnie bo śmiechu było tyle, że zapomniałem o bólu i problemie jaki miałem.
Wróciłem do pracy. Zbliżała się 21'wsza, więc czas było pojechać do mieszkania. Po drodze wstąpiłem do Chaty Polskiej po zakupy, kupiłem jakieś bzdury i poszedłem spacerkiem do mieszkania. Dopiero w mieszkaniu miały ujawnić się efekty przemęczenia i setek myśli, które przewinęły się przez moją głowę w ostatnim tygodniu.
Gdy wracałem z tej Chaty Polskiej to zwróciłem uwagę, na spojrzenia mijających mnie osób. Tak się złożyło, że były to same dziewczyny, więc zacząłem sobie nawet trochę wlewać, że może zmężniałem albo coś. Otóż nie. Położyłem wszystko na stole i doznałem olśnienia. Przytaszczyłem zakupy ...razem z koszykiem. Osobisty dramat. Po chwili przyszła Asia, spojrzała na koszyk i nawet nie komentowała. Ucieszona, dobiła mnie ostatecznie ..."Tomek, to chyba nie najlepszy moment ale syfon do końca odpadł i nie ma gdzie naczyń myć.".
Cóż, mam koszyk, ale chyba czas odpocząć ...i jeszcze ten cholerny syfon.

Bilard
Były kiedyś takie czasy, że tydzień bez partii bilarda był tygodniem straconym. Wyjścia na bilarda były tak częste, ze kilku z moich znajomych zainwestowało we własne bajeranckie kije. Wszystko zmieniło się, kiedy przeniesiono lokalizację miejsca naszej pracy. Od tej pory bilardowe wieczory są wydarzeniem sporadycznym, przede wszystkim ze względu na problematyczny dojazd do klubu bilardowego. Po dłuższej wymianie mejlowej udało się jednak zorganizować wyjście do Zakręconej Bili w czwartek, co groziło kacem i bólem głowy w piątek. Ryzyko było akceptowalne, szczególnie, że skumulowało się kilka okazji, za które należało się stuknąć kuflem. Spotkaliśmy się w starym składzie - Michał, Piotr, Tomek i ja. Część z nas poznała się jeszcze w kultowym już pokoju 204 w Spółdzielni Samopomoc Chłopska "Rolnik" na Placu Wolności. Pracowaliśmy wtedy pod okiem równie kultowego Jakuba "bez ciśnienia", "się pływa, się skacze" G. Jakub już od dłuższego czasu nie pracuje z nami, ale zawsze na tych spotkaniach jest miło wspominany i obowiązkowo piejmy za niego, żeby mu dobrze w żagiel wiało. Kontynuując wątek, Jakub jest już chyba ostatnim kowbojem wśród informatyków. Przez swój styl bycia, jedni go nienawidzą a drudzy ubóstwiają, dla mnie był i jest wzorem tego w jaki sposób być świetnym specjalistą i czerpać garściami z życia to co najlepsze, dlatego zawszę chętnie wypiję jego zdrowie.
Z lekkim poślizgiem, wraz z Tomek dołączyliśmy do grających już Michała

i Piotra.

Po Michale zawsze widać, że wkłada w grę całe serce, Piotr to również matematyk, więc kąty uderzeń ma dobrze obcykane. W tym składzie partie, zawsze są zacięte.

Wzorcowe ułożenie dłoni i postawa przy uderzeniu.

Przyszła kolej na mnie i Tomka. Rozbijał niższy.

Tomek, nigdy się nie przyznaje, ale wszyscy wiedzą, że jest perfekcjonistą, dlatego nawet ubrał się stosownie do gry w bilarda.

Ja również co jakiś czas coś wbijałem.

Problem polega jednak na tym, że dostateczny poziom skupienia zachowuje przez pierwsze dwie, trzy gry. Potem, dostaje sromotne baty, a moje zagrania wzbudzają salwy śmiechu

Po jakimś czasie odwiedziła nas Patrycja, więc skończyło się bezpardonowe klniecie na stół czy kij po nieudanym zagraniu. Dziwna sprawa, bo od kiedy Patrycja przyglądała się grze, wszystkim, a szczególnie Piotrowi jakby lepiej szło. Zastawiające.

Wieczór zakończył się na rozmowach o pracy i tematach pobocznych. Czyli tak jak zazwyczaj, ale i tak było dużo śmiechu.

Z lekkim poślizgiem, wraz z Tomek dołączyliśmy do grających już Michała

i Piotra.

Po Michale zawsze widać, że wkłada w grę całe serce, Piotr to również matematyk, więc kąty uderzeń ma dobrze obcykane. W tym składzie partie, zawsze są zacięte.

Wzorcowe ułożenie dłoni i postawa przy uderzeniu.

Przyszła kolej na mnie i Tomka. Rozbijał niższy.

Tomek, nigdy się nie przyznaje, ale wszyscy wiedzą, że jest perfekcjonistą, dlatego nawet ubrał się stosownie do gry w bilarda.

Ja również co jakiś czas coś wbijałem.

Problem polega jednak na tym, że dostateczny poziom skupienia zachowuje przez pierwsze dwie, trzy gry. Potem, dostaje sromotne baty, a moje zagrania wzbudzają salwy śmiechu

Po jakimś czasie odwiedziła nas Patrycja, więc skończyło się bezpardonowe klniecie na stół czy kij po nieudanym zagraniu. Dziwna sprawa, bo od kiedy Patrycja przyglądała się grze, wszystkim, a szczególnie Piotrowi jakby lepiej szło. Zastawiające.

Wieczór zakończył się na rozmowach o pracy i tematach pobocznych. Czyli tak jak zazwyczaj, ale i tak było dużo śmiechu.

niedziela, 3 maja 2009
Cysterski szlak rowerowy
Poznań i okolice to fajne miejsce dla osób, które czasami lubią pośmigać na rowerze. Można pocinać z górki po korzeniach w okolicach parku Cytadela lub zapuszczając się nad Rusałkę czy poligon w Biedrusku. Z drugiej strony można się wybrać w dłuższą przejażdżkę wybierając któryś, spośród wielu szlaków rowerowych. Moim zdaniem, najbardziej atrakcyjnym, ze szlaków jednodniowych jest Cysterski Szlak Rowerowy. Cały szlak liczy ok 150km i właściwie na przejechanie go trzeba poświęcić cały dzień. Można go jednak trochę skrócić, zaczynając jazdę na przykład na poznańskim Piątkowie, a kończąc na Pobiedziskach.
1) Wyruszając z Piątkowa warto zahaczyć o park Cytadela, nie tylko dlatego, że jest to największy park w Poznaniu, ale przede wszystkim dla uroku tego parku, charakterystycznego o tej porze roku.


Przebywając na Cytadeli nie można pominąć rzeźby "Nierozpoznani" pani Magdaleny Abakanowicz.

2) Po przejechaniu przez Cytadelę, komfort jazdy drastycznie spada, bo trzeba przedrzeć się przez miasto, aż do Malty. Niestety, na miejscu też nie jest najlepiej. Jazdą na czymkolwiek wokół jeziora Maltańskiego w długi weekend w okolicach 17'stej to czysta ekwilibrystyka. Rozpędzeni rowerzyści, biegające dzieci, rolkarze, sprawiają, że wypadki zdarzają się tam dość często. Sporo jeżdżę przez 'Maltę' i już kilka razy byłem świadkiem takiego zdarzenia. Co najbardziej przykre, powodują je gnojki w dresach lub pijani nadgorliwcy. Najbardziej żal mi rolkarzy, dlatego, że ich nogi łatwo przegrywają z kołami rowerów. Abstrahując od bezpieczeństwa warto przyjrzeć się kilku maltańskim widokom.
- Galeria Malta, a obok siedziba jednej z najlepszych firm informatycznych w Polsce ;)

- Tłok.

- Stok.

- Nie zawsze najprostsze ścieżki prowadzą do osiągnięcia pożądanej satysfakcji.

3) Po przejechaniu ścieżki nad Maltą, należy skierować się w stronę Zoo lub jechać wzdłuż rur ciepłowniczych. Wybrałem rury bo, dzięki nim ma się trochę wrażenie, jakby jechało się leśno - industrialnym tunelem.

Bliskość Zoo, może być źródłem dodatkowych atrakcji. Spotkałem takiego ptaka, nie wiem co to jest za gatunek, ale 'gostek' wyglądał jakby miał naprawdę zły dzień.
4) Jadąc dalej, wjeżdża się na właściwą trasę Cysterskiego Szlaku Rowerowy, oznaczonego takimi znakami.

5) To naprawdę świetna trasa, gro pagórków, jezior i leśnych ścieżek wyłożonych, białymi, ubitymi kamykami.

6) Takimi ścieżkami jak ta powyżej jedzie się w kierunku Antoninka. Przez prawie dwa kilometry trasa prowadzi brzegami połączonych jezior, gdzie roi się od fotografów i biesiadników rozpalających grilla.

- Ładnie i klimatycznie

7) W Antoninku, głównym problemem jest przedostanie na drugą stronę torowiska i trasy na Warszawę. Na pierwszy rzut oka, można odnieść wrażenie, że aby pojechać dalej, trzeba znaleźć przejście dla pieszych lub nauczyć się szybko biegać. I tu zaskoczenie, bo szlak znalazł ujście i wije się pod wiaduktem.

- Właśnie tędy. Jedyny minus to schody, więc trzeba taszczyć rower na plecach.

8) Dalsza trasa prowadzi w kierunku Swarzędza. Po drodze napotyka się na kilka ciekawych miejsc.
- Coś dla fanów opuszczonych miejsc.

- 'Dom Anna' - tak jest napisane na drzwiach. Nie wnikałem głębiej, ale wieść niesie, że to popularny i modny burdel.

- Pasieki. Jak się okazało bolesną chwilę później, dalej zamieszkałe.

9) Po kilkudziesięciu minutach dojeżdża się na skraj Swarzędza.

10) Po dojechaniu do Swarzędza warto się zastanowić co dalej. Kolejnym kluczowym punktem na Cysterskim Szlaku Rowerowym są Pobiedziska. Tyle tylko, że do Pobiedzisk jest ponad 20km, czyli przynajmniej godzina pedałowania. Pojechałem dalej. Droga do Pobiedzisk prowadzi przez Uzarzewo, Kobylnicę, Wierzenicę i ... No właśnie, znudziło mi się dymanie rowerem po szosie, więc skręciłem w obiecującą drogę, oznaczoną "Szlak wokół puszczy Zielonki". Na wspomnianym szlaku miałem zobaczyć kilka zabytkowych starych kościołów - tak przynajmniej było napisane. Rzeczywiście, dotarłem do kościoła w Wierzenicy, wnętrze kościółka robi wrażenie dzięki kolorom i bogactwu wystroju.
- (niestety, trochę przepaliłem)


- Wyczaiłem też w okolicy kościoła taką chatę, trochę z innej epoki.

10) Potem jechałem, jechałem i ...jechałem, a Pobiedzisk i kościołów dalej nie było widać. Cywilizacji było coraz mniej, a widoki wokół stawały się nieco stepowe. Pytanie o to jak daleko odjechałem od Poznania i czy to na pewno właściwą drogą, zrodził we mnie ten znak.

Odpowiedź na to pytanie była binarna. Albo wpadłem w dziurę czasową i niedługo zobaczę morze, albo to inne Mielno i mogę jechać dalej. Tak czy inaczej warto było jechać dalej. Minuty mijały, a zabytkowych celów wycieczki nie było widać. W pewnym momencie spojrzałem na licznik rowerowy, pokazywał 41 kilometrów przejechanych od Poznania. Na zegarku dochodziła 19:30. Rozejrzałem się wokół.
- Spojrzałem za siebie.

- Spojrzałem przed siebie.

11) Gdzie ja do cholery jestem!?
12) Sytuacja kazała zawrócić. Tylko jak wrócić do Poznania? Tą samą trasą? To ponad 40km, czyli lekko licząc dwie godziny jazdy, a ja nie mam światła z przodu i mam dość pszczół i komarów. Osobisty dramat. Rozejrzałem się trochę i gdzieś w oddali zobaczyłem czubek komina elektrociepłowni w Koziegłowach, czyli coś co każdy mieszkaniec Piątkowa i okolic mniej więcej kojarzy. Miałem więc punkt orientacyjny na którego mogłem się kierować. Jechałem na przełaj przez las i łąki natykając się na strumyki i rowy. Dojechałem w końcu do malowniczej miejscowości Kicin, gdzie spotkałem jej rdzennych mieszkańców.

13) W Kicinie mieszka też mój kolega z pokoju, więc wiedziałem, że już niedaleko do Poznania. Droga z Kicina do Poznania jest już prosta. Po niecałej godzinie dotarłem do mieszkania.
Myślę, że zdecyduje się kiedyś na powtórną wycieczkę do Pobiedzisk, Cysterskim Szlakiem Rowerowym, jeśli jednak tak się stanie to na pewno wezmę ze sobą mapę ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
