Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2009

Wyzwanie

Była niedziela, pojechałem przejechać się na rowerze. Stałem sobie spokojnie nad Maltą, patrząc bezmyślnie na fontannę. Po chwili podjechał do mnie koleś na rowerze, ubrany tak, jakby zaraz miał startować w zawodach. Zapytał się, czy nie chciałbym się z nim przejechać. Ale w taki sposób, ze on będzie jechał, a ja mam mu dotrzymać kroku. Zgodziłem się bo i tak chciałem gdzieś pojechać.

Jechałem ledwo żywy za tym fagasem, ponad dwie godziny, po chaszczach, kałużach, pisku i ...drutach. Dojechaliśmy, aż do Pobiedzisk. Myślałem, że zejdę na tej trasie, gość cisnął niemiłosiernie. W Pobiedziskach ledwo żyłem, ale żeby sobie nie myślał to zaproponowałem, żeby teraz on dotrzymał mi kroku :D

Porobiłem go w puszczy Zielonki. Machnął ręką i się zatrzymał - bezcenne :)

Coś za coś. Następnego dnia czułem się jakby mnie przejechał tramwaj - nigdy więcej takich akcji!

niedziela, 28 czerwca 2009

Kiekrz


Dojechać rowerem z Poznania nad jezioro Kierskie jest dość łatwo. Licząc od parku Cytadela to niecałe 20 kilometrów. Jadąc z Poznania do Kiekrza mija się kilka ciekawych miejsc, a całą droga obfituje w jeziora, strumyki, górki i ...komary.

Trasa zaczyna się na Sałaczu, a konkretnie w najładniejszym moim zdaniem parku w Poznaniu, czyli w parku Sołackim.





Dalej, jedzie się w pobliżu obiektów Olimpii w stronę jeziora Rusałka. Mam co do Rusałki mieszane uczucia. Z jednej strony nie darzę tego miejsca sympatią, bo kojarzy mi się z grzmotami peruwiańskimi w błyszczących dresach, którzy wrzucili mi aparat do wody, razem zresztą ze mną, ale też z wielogodzinnym bieganiem i ogromnym wysiłkiem, bólem mięśni, potem i krystalizującej się na mojej twarzy szczypiącej soli. Poza tym po ścieżce wokół Rusałki, ludzie jeżdżą konno. To skutkuje tym, że jak się jedzie bardzo szybko rowerem w półmroku to można wyłapać na przednie koło końskiego "placka". Muszę przyznać, że nie jest to fajne uczucie :P. Z tej pozytywnej strony to mam z tego miejsca bardzo dużo miłych wspomnień. Głównie związanych z fotografią, takich jak czatowanie co ranek w sitowiu i polowanie na zimorodka (strasznie uparte stworzenie), czy podpuszczanie mrówek tak, żeby chodziły zgodnie z pomysłem na zdjęcie. Niby takie głupoty, jednak tak pochłaniały myśli, że problemy i stres życia codziennego znikał już po paru chwilach. Dodatkowo, wczesnoporonne przesiadywanie w chaszczach nad jeziorem, pozwala poznać naprawdę fantastycznych ludzi, zazwyczaj starych rybaków, którzy często przeżyli niezwykłe życie i są w stanie sprowadzić Cię na ziemie w kilku zdaniach. Warto było z nimi rozmawiać i czasem posłuchać.



Z Cytadeli do pomostu na Rusałce jest około siedem kilometrów. W dalszej drodze należy kierować się w kierunku Strzeszynka. Droga prowadzi mniej więcej takimi ścieżkami.



Warto zaopatrzyć się w okulary, nie wiem dlaczego, ale o tej porze fruwa, pełno czegoś takiego małego, czarnego i brzydkiego.



Z nad Rusałki do Strzeszynka jest prawie 7 kilometrów. To sporo i jazda jest trochę nudna, szczególnie, gdy jechało się tamtędy wiele razy. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić sobie zdjęcie jadąc na rowerze. Odpowiedź brzmi - nie jestem w stanie zrobić sobie zdjęcia jadąc na rowerze ;)



Jezioro w Strzeszynku mimo tego, że jest małe to ma swój urok, a plaże i restauracje jak na tak małe jezioro, są naprawdę fajne.







A teraz zagadka! Co na plaży w Strzeszynku robi facet z dzieckiem, żoną i z ...DVD?



Strzeszynek to był przedostatni przystanek przed Kiekrzem. Droga ze Strzeszynka do Kiekrza jest fajna, bo wysypana drobnymi białymi kamieniami, czyli czymś po czym jeździ mi się wybitnie dobrze.



Przed Kiekrzem jest przejazd kolejowy. Obok jest pole chwastów, przy odrobinie wyobraźni Prowansja jak się patrzy. Chwilę później na słuchawkach Streitenfeld ;)





Dojechałem nad jezioro w Kiekrzu, jak widać na zdjęciu jest dość duże. Przebywanie nad jeziorem w jednym miejscu okazało się praktycznie niemożliwe. Roje komarów nacierały z każdej strony, więc odpuściłem sobie podziwianie widoków i pojechałem dalej.



Wzdłuż jeziora prowadzi asfaltowa ścieżka, która co chwilę zahacza o plażę oraz budki z lodami i ...kebabem.



Nie bardzo chciało mi się zatrzymywać na którejś z tych plaż z uwagi na komary, jednak na jednej warto było się zatrzymać.



Jadąc do końca tą ścieżką wyjeżdża się na Dąbrowskiego, co było, przynajmniej dla mnie sporym zaskoczeniem.

Reasumując, warto psiknąć się czymś na komary i wybrać się w trasę Poznań - Kiekrz. To zaledwie 20 kilometrów, czyli akurat na popołudnie, a można zobaczyć wiele ciekawych miejsc.

Koniecznie na rowerze.




środa, 20 maja 2009

Góra Moraska

Zarzuciłem wypady na Dziewiczą Górę po tym, jak oglądając własne kolana stwierdziłem szereg poważnych obrażeń. Tak dłużej być nie mogło, dlatego wybrałem bardziej łagodny teren w postaci rezerwatu "Meteoryt Morasko".

Co ciekawe, znajdująca się na terenie rezerwatu Góra Moraska jest drugą co do wysokości górą w Wielkopolsce. Góra Moraska liczy sobie 154 m.n.p.m. Sam wierzchołek wzniesiony jest zaledwie o 50 - 60 metrów w stosunku do okalających ją terenów. To mało, spoglądając z pewnej odległości, praktycznie jej nie widać.



Byłem w tym rezerwacie już kilka razy i poza wszechobecnym lasem i kilkoma bajorami, powstałymi po uderzeniach fragmentów meteorytu, nic ciekawego tam nie znalazłem. Gryzła mnie jednak myśl o tym, że z Góry Moraskiej będę mógł zrobić zdjęcie podwieszanego mostu na Obornickiej. Wychowałem się w pobliży miejsca, gdzie rzeka Brda łączy się z kanałem bydgoskim i budowle takie jak mosty czy śluzy mają dla mnie szczególne znaczenie.

Wybrałem najkrótszą trasę - przez łąkę.



Po kilkunastu minutach dojechałem na Górę Morską. Niestety, gdziekolwiek nie spojrzałem było widać drzewa, zatem nici z fotografowania. Skierowałem się w stronę Suchego Lasu. Tam na zdjęciach satelitarnych widać było łąkę z której prawdopodobnie mógłbym zrobić wspomnianą wcześniej fotkę. Łąka okazała się polem. Polem, na którym rośnie żyto lub coś w tym stylu. Jak wiadomo, w życiu nie ma nić za darmo, dlatego chcąc nie chcą tłukłem się przez to żyto. Podróż rowerem przez żyto nie trwała jednak długo, wyperswadował mi ją miejscowy rolnik, wrzeszcząc coś niecenzuralnego i wymachując widłami. Zniesmaczony zawróciłem do Poznania, zwiedziłem jeszcze znajdujące się u podnóża góry osiedle i znalazłem świetny zjazd, gdzie można rozwinąć wręcz zabójcze prędkości (ograniczenie prędkości przemilczałem).



Podjazd jest bardzo ciężki i powolny, ale dzięki temu, że trzeba poruszać się z żółwią prędkością to jest szansa na zrobienie zdjęcia ...szybko przelatującej muchy.

niedziela, 10 maja 2009

Dziewicza Góra


Dziewicza Góra to najwyższe wzniesienie na terenie Puszczy Zielona. Wznosi się na wysokość 143m n.p.m. Wzniesienie nazywało się kiedyś Dziewcza Góra, potem z niewiadomych mi przyczyn ewoluowała do obecnej Dziewiczej Góry. Na szczycie góry znajduje się wieża obserwacyjna, która został postawiona na potrzeby ochrony przeciwpożarowej.

Korzystając z roweru i wyruszając mniej więcej z okolic Piątkowa, można dotrzeć do Dziewiczej Góry w niecałą godzinę. Trasa wiedzie przez most Lecha, Koziegłowy, a potem w kierunku Czerwonaka, skąd do celu jest już tylko rzut beretem. Można tak, ale większość tej trasy pokonuje się po ulicach. Lepiej założyć trochę więcej czasu i pojechać brzegiem Warty.

Wybrałem trasę nad brzegiem Warty.

Pierwszym ciekawym elementem na trasie jest most kolejowy. Pod mostem zawieszona jest lina, na której można się ostro bujnąć. Zdecydowanie nie polecam tej czynności, ponieważ pomimo pierwszych pozytywnych wrażeń z lotu to lądowanie może okazać się bolesne. W moim przypadku pierwszy lot zakończył się przyglebieniem plecami, przez co mam mieszane uczucia co do wykorzystania tej liny.



Następnie jedzie się po szutrowych drogach do momentu, kiedy zaczyna się las.
W lesie charakterystyka drogi zdecydowanie się zmienia. Staje się pagórkowata i mało turystyczna.



Jeśli nie jechało się wcześniej tą trasą to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Liczne rozjazdy i odchodzące ścieżki powodują, że zdarzają się wpadki w postaci wjechania na ślepą ścieżkę, zakończoną ogrodzonym polem. W innych miejscach trzeba wypatrywać ścieżki tam, gdzie jej na pierwszy rzut oka nie widać.



Dalej, jest już bardziej znośnie. Trzeba tylko uważać na szybko przelatujące zające, których na tym kawałku trasy jest ogromna ilość.



Dojechałem do Czerwonaka. Pierwszy raz zobaczyłem cel mojej podróży.



Pojechałem na wprost wieży. Teoretycznie wybrałem optymalną drogę, praktycznie kaszan, bo przed widocznymi wyżej domami jest strumyk na tyle szeroki, że trzeba dymać kilka kilometrów w lewo do mostu.

Granica Puszczy Zielonka. Do wieży na Dziewiczej Górze jest ok 3 km. Byłem praktycznie na miejscu, ale nie chciałem jechać po asfalcie, dlatego skręciłem w prawo, wybierając leśną drogę.



Kto pojedzie asfaltem ten zgrzeszy. A dlaczego? A dlatego, że Puszcza Zielona to genialne miejsce, powalone konary, strumyki, górki, skały i ogromna liczba zwierząt.

Jechałem sobie spokojnie ku górze, aż spotkałem na drodze duże zwierze i nie był to Jerzy Sztur spacerujący z wielbłądem, a oryginalny jeleń. Czteroletni, bo na głowie nosił poroże rozgałęzione w czterech miejscach. Stał taki wpatrzony we mnie i uciekł, dopiero gdy próbowałem wyciągnąć aparat. Taki swobodnie biegający jeleń robi naprawdę duże wrażenie. Nie tylko, że względu na swoje gabaryty, ale przede wszystkim przez dzikość i bystrość, która biła z jego oczu, a także pewien majestat i kunszt z jakim się porusza.

Dotarłem do wieży.



Na dole jest sklep, za parę groszy można wejść na górę.



Wieża jak jest każdy widzi. Można wejść na górę, zrobić fotę, kupić loda w sklepie i wrócić do Poznania. Tyle tylko, że straci się to co na tej górze najlepsze. Dziewicza Góra to zajebiste miejsce na szaleństwa na rowerze. Kilometrowe zjazdy po korzeniach, konarach z wyprofilowanymi zakrętami powodują, że po kilku zjazdach trzęsą się nogi, a poziom adrenaliny jest tak wysoki, że trudno ustać w miejscu.




niedziela, 3 maja 2009

Cysterski szlak rowerowy


Poznań i okolice to fajne miejsce dla osób, które czasami lubią pośmigać na rowerze. Można pocinać z górki po korzeniach w okolicach parku Cytadela lub zapuszczając się nad Rusałkę czy poligon w Biedrusku. Z drugiej strony można się wybrać w dłuższą przejażdżkę wybierając któryś, spośród wielu szlaków rowerowych. Moim zdaniem, najbardziej atrakcyjnym, ze szlaków jednodniowych jest Cysterski Szlak Rowerowy. Cały szlak liczy ok 150km i właściwie na przejechanie go trzeba poświęcić cały dzień. Można go jednak trochę skrócić, zaczynając jazdę na przykład na poznańskim Piątkowie, a kończąc na Pobiedziskach.

1) Wyruszając z Piątkowa warto zahaczyć o park Cytadela, nie tylko dlatego, że jest to największy park w Poznaniu, ale przede wszystkim dla uroku tego parku, charakterystycznego o tej porze roku.





Przebywając na Cytadeli nie można pominąć rzeźby "Nierozpoznani" pani Magdaleny Abakanowicz.



2) Po przejechaniu przez Cytadelę, komfort jazdy drastycznie spada, bo trzeba przedrzeć się przez miasto, aż do Malty. Niestety, na miejscu też nie jest najlepiej. Jazdą na czymkolwiek wokół jeziora Maltańskiego w długi weekend w okolicach 17'stej to czysta ekwilibrystyka. Rozpędzeni rowerzyści, biegające dzieci, rolkarze, sprawiają, że wypadki zdarzają się tam dość często. Sporo jeżdżę przez 'Maltę' i już kilka razy byłem świadkiem takiego zdarzenia. Co najbardziej przykre, powodują je gnojki w dresach lub pijani nadgorliwcy. Najbardziej żal mi rolkarzy, dlatego, że ich nogi łatwo przegrywają z kołami rowerów. Abstrahując od bezpieczeństwa warto przyjrzeć się kilku maltańskim widokom.

- Galeria Malta, a obok siedziba jednej z najlepszych firm informatycznych w Polsce ;)



- Tłok.



- Stok.



- Nie zawsze najprostsze ścieżki prowadzą do osiągnięcia pożądanej satysfakcji.



3) Po przejechaniu ścieżki nad Maltą, należy skierować się w stronę Zoo lub jechać wzdłuż rur ciepłowniczych. Wybrałem rury bo, dzięki nim ma się trochę wrażenie, jakby jechało się leśno - industrialnym tunelem.



Bliskość Zoo, może być źródłem dodatkowych atrakcji. Spotkałem takiego ptaka, nie wiem co to jest za gatunek, ale 'gostek' wyglądał jakby miał naprawdę zły dzień.



4) Jadąc dalej, wjeżdża się na właściwą trasę Cysterskiego Szlaku Rowerowy, oznaczonego takimi znakami.



5) To naprawdę świetna trasa, gro pagórków, jezior i leśnych ścieżek wyłożonych, białymi, ubitymi kamykami.



6) Takimi ścieżkami jak ta powyżej jedzie się w kierunku Antoninka. Przez prawie dwa kilometry trasa prowadzi brzegami połączonych jezior, gdzie roi się od fotografów i biesiadników rozpalających grilla.



- Ładnie i klimatycznie



7) W Antoninku, głównym problemem jest przedostanie na drugą stronę torowiska i trasy na Warszawę. Na pierwszy rzut oka, można odnieść wrażenie, że aby pojechać dalej, trzeba znaleźć przejście dla pieszych lub nauczyć się szybko biegać. I tu zaskoczenie, bo szlak znalazł ujście i wije się pod wiaduktem.



- Właśnie tędy. Jedyny minus to schody, więc trzeba taszczyć rower na plecach.



8) Dalsza trasa prowadzi w kierunku Swarzędza. Po drodze napotyka się na kilka ciekawych miejsc.

- Coś dla fanów opuszczonych miejsc.



- 'Dom Anna' - tak jest napisane na drzwiach. Nie wnikałem głębiej, ale wieść niesie, że to popularny i modny burdel.



- Pasieki. Jak się okazało bolesną chwilę później, dalej zamieszkałe.



9) Po kilkudziesięciu minutach dojeżdża się na skraj Swarzędza.



10) Po dojechaniu do Swarzędza warto się zastanowić co dalej. Kolejnym kluczowym punktem na Cysterskim Szlaku Rowerowym są Pobiedziska. Tyle tylko, że do Pobiedzisk jest ponad 20km, czyli przynajmniej godzina pedałowania. Pojechałem dalej. Droga do Pobiedzisk prowadzi przez Uzarzewo, Kobylnicę, Wierzenicę i ... No właśnie, znudziło mi się dymanie rowerem po szosie, więc skręciłem w obiecującą drogę, oznaczoną "Szlak wokół puszczy Zielonki". Na wspomnianym szlaku miałem zobaczyć kilka zabytkowych starych kościołów - tak przynajmniej było napisane. Rzeczywiście, dotarłem do kościoła w Wierzenicy, wnętrze kościółka robi wrażenie dzięki kolorom i bogactwu wystroju.

- (niestety, trochę przepaliłem)





- Wyczaiłem też w okolicy kościoła taką chatę, trochę z innej epoki.



10) Potem jechałem, jechałem i ...jechałem, a Pobiedzisk i kościołów dalej nie było widać. Cywilizacji było coraz mniej, a widoki wokół stawały się nieco stepowe. Pytanie o to jak daleko odjechałem od Poznania i czy to na pewno właściwą drogą, zrodził we mnie ten znak.



Odpowiedź na to pytanie była binarna. Albo wpadłem w dziurę czasową i niedługo zobaczę morze, albo to inne Mielno i mogę jechać dalej. Tak czy inaczej warto było jechać dalej. Minuty mijały, a zabytkowych celów wycieczki nie było widać. W pewnym momencie spojrzałem na licznik rowerowy, pokazywał 41 kilometrów przejechanych od Poznania. Na zegarku dochodziła 19:30. Rozejrzałem się wokół.

- Spojrzałem za siebie.



- Spojrzałem przed siebie.



11) Gdzie ja do cholery jestem!?

12) Sytuacja kazała zawrócić. Tylko jak wrócić do Poznania? Tą samą trasą? To ponad 40km, czyli lekko licząc dwie godziny jazdy, a ja nie mam światła z przodu i mam dość pszczół i komarów. Osobisty dramat. Rozejrzałem się trochę i gdzieś w oddali zobaczyłem czubek komina elektrociepłowni w Koziegłowach, czyli coś co każdy mieszkaniec Piątkowa i okolic mniej więcej kojarzy. Miałem więc punkt orientacyjny na którego mogłem się kierować. Jechałem na przełaj przez las i łąki natykając się na strumyki i rowy. Dojechałem w końcu do malowniczej miejscowości Kicin, gdzie spotkałem jej rdzennych mieszkańców.



13) W Kicinie mieszka też mój kolega z pokoju, więc wiedziałem, że już niedaleko do Poznania. Droga z Kicina do Poznania jest już prosta. Po niecałej godzinie dotarłem do mieszkania.

Myślę, że zdecyduje się kiedyś na powtórną wycieczkę do Pobiedzisk, Cysterskim Szlakiem Rowerowym, jeśli jednak tak się stanie to na pewno wezmę ze sobą mapę ;)