niedziela, 14 czerwca 2009
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Kajaki
Piątek.
Spływ kajakowy rzeką Dobrzycą rozpoczął się teoretycznie w piątek wieczorem. Zaraz po pracy pojechaliśmy do Szwecji. Niestety nie do tej od IKEA i Volvo, tylko do małej Szwecji, kilkanaście kilometrów za Wałczem. Przez Szwecję przepływa rzeka Dobrzyca. W Szwecji można się zatrzymać przy Białej Kładce. Do zatrzymania się przy niej zachęca taki oto baner.

W 'ośrodku' Przy Białej Kładce można wypożyczyć kajak, zjeść śniadanie, obiad i przespać się zaadoptowanej na potrzeby turystów oborze. Warunki są nawet przyzwoite. Jest prysznic, kominek i kilka miejsc na ognisko. Wygląda to mniej więcej tak:




Do Szwecji dotarliśmy około godziny 22'giej. Rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy słuchać opowieści Falara. Po dłuższej chwili, wszyscy patrzyli po sobie w oczekiwaniu, aż ktoś się w końcu wyrwie i powie, że jest głodny. Byłem w towarzystwie najmłodszy, więc mi przypadło dymanie do najbliższego sklepu po zakupy. Niestety w Szwecji nie ma 24'ro godzinnych sklepów. Najbliższy otwarty sklep był w Ostrowcu. Sklep w Ostrowcu, chociaż bardzo mały, zaskoczył mnie pod wieloma względami. O cokolwiek nie spytałem, to pani zawsze miała, wyciągając zamawiany towar spod lady. Zrobiłem zakupy i wróciłem do Szwecji. Bardzo miło wspominam ten wieczór. Impreza przy ognisku trwała prawie do piątej rano. Za rzeką Dobrzycą odbywała się konkurencyjna impreza w mocno damskim składzie. Były nawet głosy, żeby zapakować Falara do kajaka i wysłać na przeszpiegi. Poszliśmy spać grubo po 5'tej rano.
Sobota.
Rano poszedłem się 'przewietrzyć'. Obok miejsca, gdzie spaliśmy była psia buda. Wyszedł z niej mały kundelek przytwierdzony do budy metrowym łańcuchem. Trzeba być skończoną świnią, żeby skazać psa na takie bytowanie. Nie mogłem oderwać od niego oczu. Patrzył na mnie z takim wyrzutem i nadzieją... Chciałem odczepić ten łańcuch i przejść się trochę z tym psem. Wtedy, wyczaił mnie gospodarz, który dość dosłownie określił, co o tym spacerze myśli. Bezradność to uczucie, które mnie szczególnie boli. Nic nie mogłem zrobić, ale wiedziałem, że to był mój pierwszy i ostatnie raz, kiedy zatrzymałem się Przy Białej Kładce.
W okolicach 9'tej przyjechała pozostała cześć ekipy, z którą miałem pokonać kilkanaście kilometrów rzeką Dobrzycą. W oczekiwaniu na transport, nawadnialiśmy nasze organizmy izotonicznymi płynami, bogatymi w witaminę C.


Człowiek organizujący spływ, wiózł nas przez prawie godzinę na miejsce startu spływu. Co ciekawe, pomimo fatalnego pod względem pogody tygodnia, akurat w sobotę świeciło słońce i było dość ciepło.

- Wodowanie

Trasa spływu była naprawdę ciężka, co chwilę napotykało się na miejsca, gdzie trzeba było wysiąść z kajaka i przetaszczyć go przez zwalony konar lub mieliznę. Płynąłem z Piotrem na końcu stawki.

- Fuszer i Marcin

- Niezniszczalny Falar i jego wierne rekwizyty + Marek

- Bartłomiej, w szczerym ujęciu

- Katarzyna i Przemo, który jeszcze nie wie, że dostanie za chwile z wiosła.

- Momentami, było naprawdę mało komfortowo.

- Ale i malowniczo.

Wsiadając do kajaka dostaliśmy tzn. "śniadanie do kajaka". Taki zestaw to zazwyczaj bułka, baton i owoc. I właśnie ta bułka miała tego dnia odegrać kluczową rolę. Po niecałej godzinie drogi, zabrałem się do konsumpcji wspomnianej wyżej bułki. Było w niej coś złośliwego. Po kolejnej godzinie spływu, zaczęło mi brakować sił, Piotr przestał się odzywać i wyglądał delikatnie mówiąc ...niewyjściowo. Dramat rozpoczął się, kiedy przenosiliśmy kajak brzegiem rzeki, aby ominąć tarasując dalszy spływ konar. Piotr poleciał, gdzieś do lasu, a ja rozglądałem się po okolicy, szukając przejawów cywilizacji.
- Czas spadać z tej dziczy.

Piotr w końcu powiedział, że źle się czuje i potrzebuje chwili odpoczynku, spojrzałem na niego - był cały blady. Machałem więc tymi wiosłami, jak tylko potrafię, byle dotrzeć do pierwszego punktu zatrzymania zlokalizowanego w Golcach. W pewnym momencie poczułem rewolucje w żołądku. Wiedzieliśmy już, że to przez bułkę i że się ostro zatruliśmy.
Wsiadłem do kajaka i próbowaliśmy płynąć dalej. Nie pamiętam już, kiedy czułem się tak okropnie jak wtedy. Każdy wysiłek, odepchnięcie wiosłem od brzegu, czy przepłynięcie przez konar, kończyło się tym, że przez ciało przechodziła fala ciepła, powodując niewiarygodny ból w głowie i mroczki w oczach. Płynęliśmy ostatkiem sił. Piotr poczuł się trochę lepiej i w magiczny sposób dopłynęliśmy do opuszczonego hotelu Trzcibór, miejsca, gdzie ktoś mógłby nas zabrać z trasy. Kolejnym problemem okazał się telefon, którego bateria, na skutek ciągłego łapania zasięgu rozładowała się momentalnie. Udało nam się zadzwonić tylko raz i powiedzieć, gdzie mniej więcej jesteśmy. Dowiedzieliśmy się również, że gastryczne problemy dopadły nie tylko nas. Wyciągnęliśmy kajak na parking przed Trzciborem.

Po czym padliśmy na ziemię, zmęczeni, trzęsąc się z zimna. Po godzinie nieruchomej egzystencji, zaczęliśmy kombinować w jaki sposób wydostać się z tej głuszy. Poszedłem do Trzcibora.

Trzcibór jest opuszczonym hotelem z ponad setką pokoi, pilnuje go stróż, który uparcie twierdził, że to jego hotel i zamierza go otworzyć w przyszłym roku. Sam Trzcibór to kompletna PRL'owska ruina, więc jeśli stróż mówił prawdę, to czeka go naprawdę dużo pracy. Opowiedziałem stróżowi o tym co się stało, na co gość mi warknął, żebym mówił głośniej, bo jest prawie głuchy. Po dłuższej chwili stróż chwycił o co mi chodzi, ale na pomysł, że chce przełożyć kartę SIM do jego telefonu zareagował mniej więcej tak:
"Czyś pan zgłupiał!?"
Jego nastawienie zdecydowanie zmieniło się po tym jak mu dałem dychę. Udało mi się dodzwonić i określić dokładnie, gdzie jesteśmy. Czatowaliśmy na tym parkingu prawie pięć godzin. Jak już dowiedzieliśmy się, że jedzie po nas koleś od kajaków to przytargaliśmy kajak na skraj drogi. Wyglądało to trochę tak, jakbyśmy chcieli złapać stopa z bagażem w postaci kajaka. Wzbudzaliśmy niemałą ciekawość przejeżdżających osób. Nie dziwię się temu bo sytuacja zapewne wyglądała dość komicznie.
W okolicach 19'stej przyjechał facet od kajaków, któremu nie omieszkaliśmy wygarnąć za śniadanie i trefną bułkę.
Po powrocie do Szwecji, obraz był co najmniej nieciekawy. Falar padł, tam gdzie stał, a reszta dogorywała.


Jedyne o czy myślałem po przyjeździe to ciepły śpiwór i sen. Nie zastanawiałem się długo na tym co będę robił dalej, tylko położyłem się spać. Większość ekipy wybrała wieczorną imprezę, która z czasem przerodziła się we wspólne śpiewanie szant. Zasypiałem, słysząc za okna:
Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści
Wtedy chętniej słucha człowiek
Morskich opowieści.
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
W okolicach północy, ktoś przypomniał sobie o mnie i usiłował namówić do wspólnego śpiewania ...targając zawiniętego w śpiwór po pokoju. Nie pamiętam, kto to był i czym motywował to co robił, byłem w suchym, błogim, ciepłym półśnie i tylko to mnie interesowało :)
Niedziela.
Nie było bata, żeby ktoś mnie zmusił do załadowania się do kajaka w ten dzień. Było mi zimno, ręce trzęsły mi się jeszcze po tym cholernym zatruciu. Po towarzystwie widać było trudy wczorajszej imprezy. Deszcz lał jak z cebra, więc ostatecznie, niedzielny spływ został odwołany.
Moda, a może nie moda na motory wśród moich znajomych rozprzestrzenia się w piorunującym tempie. W spływie brało udział około dwudziestu osób, z czego połowa przyjechała na motorach. Muszę przyznać, że jest coś fascynującego w motorach. Niecałe trzysta kilogramów wagi i moc dochodząca do stu koni mechanicznych. Do tego całą subkultura motorowa, no i te trzy sekundy do setki. Naprawdę robi wrażenie.

Cieszyłem się z tego spływu. Szkoda, że przytrafiło nam się to zatrucie. Z drugiej strony, można zadać pytanie o to, co jest fajnego w wiosłowaniu przez cały dzień, chodzeniu po pokrzywach, marznięciu w lodowatej wodzie i siłowaniu się z przewalonymi konarami?
Teraz sam nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może to swoistego rodzaju nałóg. Jeśli tak, to co ma zagłuszać?
poniedziałek, 25 maja 2009
Ślesin
Ślesin leży zaledwie 15 kilometrów od Konina i liczy sobie ponad 650 lat. Jest malowniczo położony, wśród lasów i jezior. Tyle o samym Ślesinie. Na terenie gminy Ślesin znajduje się coś niezwykłego - podgrzewane jezioro. Jezioro Wąsowsko-Mikorzyńskie, podgrzewane jest za pomocą wymiennika ciepła z pobliskiego kompleksu energetycznego, który swoją drogą budzi szacunek i przypomina trochę fabrykę chmur. Temperatura wody w jeziorze, latem może osiągać nawet 27 stopni Celsjusza. Właśnie tak wysoka temperatura czyni z tego miejsca raj dla amatorów sportów wodnych. Nad wspomnianym wcześniej jeziorem znajduje się ośrodek Delfin, który oferuje nie tylko nocleg i strawę, ale również sprzęt sportowy i rekreacyjny.
Niestety w weekend, w którym miałem okazję przebywać w ośrodku Deflin był co najmniej zimny. Cały ranek lało jak z cebra. Temperatura wody w jeziorze była dużo wyższa niż temperatura powietrza, dlatego kremy do opalania i okulary przeciw słoneczne okazały się tylko zbędnym balastem.
Tak mniej więcej wygląda ośrodek Delfin. Jak widać na zdjęciu pogoda nie nastrajała do spacerów.

Pierwszą rzeczą do której wsiadłem była motorówka. Z tego co opowiadał pan z czapką i białym daszkiem, łódź ta posiada silnik od Corvette'y i może śmigać z prędkością prawie 70 kilometrów na godzinę. Ponieważ wieść niosła, że siadając z tyłu łodzi jest się narażonym na przemoczenie przy ostrych zakrętach to profilaktycznie usiadłem z przodu - tam gdzie Karolina.

Podróż motorową łodzią jest naprawdę przyjemna, szczególnie na zakrętach, gdzie czuć jak siła dośrodkowa wgniata w fotel. Nie może być jednak idealnie i w momencie kiedy wysiadałem, zadowolony i suchy z łodzi, dostałem salwę wody z silnika skutera wodnego. Tak widocznie miało być, bo pomimo tego, że byłem cały mokry i musiałem się przebrać to okazało się, że woda jest naprawdę bardzo ciepła.
Właśnie ten szaleniec z lewej mnie opryskał.

A propos skuterów wodnych, to w tym wypadku, również jestem w lekkim szoku. Taki wodny 'motor' ma moc 250 koni mechanicznych i przyspiesza od zera do stu kilometrów w niecałe cztery sekundy. Lepiej nie uśmiechać się na starcie, bo pęd powietrza spowoduje, że uśmiech mimowolnie utrzyma się na twarzy do końca przejażdżki - czad!

Narty wodne to coś czego nie spróbowałem i żałuję, bo z brzegu wygląda fajnie, chociaż trochę nieporadnie.

Dla mnie osobiście hitem całego wyjazdu były tzn 'oponki'


Działa to na zasadzie, takiej że trzeba usiąść w oponie, mocno się złapać i dalej jest się ciągniętym za motorówką, trochę analogia do popularnego nad morzem 'banana'. Z opowieści osób, które już miały okazję pływać na 'oponkach' wynikało, że nie jest to prosta sprawa, prędkość z jaką się poruszają i uderzenia o fale powodują, że skaczę się na takiej 'oponce' lepiej od wyćwiczonej żaby. Ponadto, każdy kto już pływał na tym czymś, miał wspomnienia w postaci otarć i ogólnego potłuczenia.
Zapakowałem się w tą 'oponkę' i zacząłem słuchać wskazań kapitana motorówki. Tutaj pierwszy raz strach zajrzał mi w oczy. Kapitan opowiadał o tym, co zrobić w przypadku utraty przytomności, nudności itd.
Mój uśmiech to nie wyraz zadowolenia z zaistniałej sytuacji, a raczej porozumiewawczego konsensusu - czyli takie niepisane 'o fuck!'.

Na początku jest świetnie, przyspieszenie wgniata w 'oponkę' tak mocno, że trudno nie zrobić fikołka. Potem, zaczynają się schody, trafiło mi się miejsce w środku, dlatego każdy zakręt wiązał się wyskokiem i twardym lądowaniem na wodzie.

Prędkość wzrastała, a z każdym, kolejnym zakrętem było coraz trudniej się utrzymać. Woda z silnika waliła we mnie z taką siłą, że pozostawał tylko krzyk, więc krzyczałem podobnie jak moi współtowarzysze. W pewnym momencie wzniosłem się w powietrze, obróciłem i uderzyłem w krzyczącego Piotra. Potem był huk, uderzenie i trzy metry wody nade mną. Po wywrotce i restarcie, płynąłem na skrajnej 'oponce' i tutaj zaskoczenie, bo było dużo łatwiej. Genialne są te odjazdy na ostrych zakrętach, gdzie jedzie się jeszcze długo bokiem, a pozostali już jadą prosto. No i ta chwila konsternacji i zastanowienia na tym co się stanie jak lina się napręży - fantastyczna sprawa :)
Jak widać po takiej jeździe, można się tylko złapać za głowę.

Po tym wszystkim, obowiązkowe balety.

Niestety w weekend, w którym miałem okazję przebywać w ośrodku Deflin był co najmniej zimny. Cały ranek lało jak z cebra. Temperatura wody w jeziorze była dużo wyższa niż temperatura powietrza, dlatego kremy do opalania i okulary przeciw słoneczne okazały się tylko zbędnym balastem.
Tak mniej więcej wygląda ośrodek Delfin. Jak widać na zdjęciu pogoda nie nastrajała do spacerów.

Pierwszą rzeczą do której wsiadłem była motorówka. Z tego co opowiadał pan z czapką i białym daszkiem, łódź ta posiada silnik od Corvette'y i może śmigać z prędkością prawie 70 kilometrów na godzinę. Ponieważ wieść niosła, że siadając z tyłu łodzi jest się narażonym na przemoczenie przy ostrych zakrętach to profilaktycznie usiadłem z przodu - tam gdzie Karolina.

Podróż motorową łodzią jest naprawdę przyjemna, szczególnie na zakrętach, gdzie czuć jak siła dośrodkowa wgniata w fotel. Nie może być jednak idealnie i w momencie kiedy wysiadałem, zadowolony i suchy z łodzi, dostałem salwę wody z silnika skutera wodnego. Tak widocznie miało być, bo pomimo tego, że byłem cały mokry i musiałem się przebrać to okazało się, że woda jest naprawdę bardzo ciepła.
Właśnie ten szaleniec z lewej mnie opryskał.

A propos skuterów wodnych, to w tym wypadku, również jestem w lekkim szoku. Taki wodny 'motor' ma moc 250 koni mechanicznych i przyspiesza od zera do stu kilometrów w niecałe cztery sekundy. Lepiej nie uśmiechać się na starcie, bo pęd powietrza spowoduje, że uśmiech mimowolnie utrzyma się na twarzy do końca przejażdżki - czad!

Narty wodne to coś czego nie spróbowałem i żałuję, bo z brzegu wygląda fajnie, chociaż trochę nieporadnie.

Dla mnie osobiście hitem całego wyjazdu były tzn 'oponki'


Działa to na zasadzie, takiej że trzeba usiąść w oponie, mocno się złapać i dalej jest się ciągniętym za motorówką, trochę analogia do popularnego nad morzem 'banana'. Z opowieści osób, które już miały okazję pływać na 'oponkach' wynikało, że nie jest to prosta sprawa, prędkość z jaką się poruszają i uderzenia o fale powodują, że skaczę się na takiej 'oponce' lepiej od wyćwiczonej żaby. Ponadto, każdy kto już pływał na tym czymś, miał wspomnienia w postaci otarć i ogólnego potłuczenia.
Zapakowałem się w tą 'oponkę' i zacząłem słuchać wskazań kapitana motorówki. Tutaj pierwszy raz strach zajrzał mi w oczy. Kapitan opowiadał o tym, co zrobić w przypadku utraty przytomności, nudności itd.
Mój uśmiech to nie wyraz zadowolenia z zaistniałej sytuacji, a raczej porozumiewawczego konsensusu - czyli takie niepisane 'o fuck!'.

Na początku jest świetnie, przyspieszenie wgniata w 'oponkę' tak mocno, że trudno nie zrobić fikołka. Potem, zaczynają się schody, trafiło mi się miejsce w środku, dlatego każdy zakręt wiązał się wyskokiem i twardym lądowaniem na wodzie.

Prędkość wzrastała, a z każdym, kolejnym zakrętem było coraz trudniej się utrzymać. Woda z silnika waliła we mnie z taką siłą, że pozostawał tylko krzyk, więc krzyczałem podobnie jak moi współtowarzysze. W pewnym momencie wzniosłem się w powietrze, obróciłem i uderzyłem w krzyczącego Piotra. Potem był huk, uderzenie i trzy metry wody nade mną. Po wywrotce i restarcie, płynąłem na skrajnej 'oponce' i tutaj zaskoczenie, bo było dużo łatwiej. Genialne są te odjazdy na ostrych zakrętach, gdzie jedzie się jeszcze długo bokiem, a pozostali już jadą prosto. No i ta chwila konsternacji i zastanowienia na tym co się stanie jak lina się napręży - fantastyczna sprawa :)
Jak widać po takiej jeździe, można się tylko złapać za głowę.

Po tym wszystkim, obowiązkowe balety.

środa, 20 maja 2009
Góra Moraska
Zarzuciłem wypady na Dziewiczą Górę po tym, jak oglądając własne kolana stwierdziłem szereg poważnych obrażeń. Tak dłużej być nie mogło, dlatego wybrałem bardziej łagodny teren w postaci rezerwatu "Meteoryt Morasko".
Co ciekawe, znajdująca się na terenie rezerwatu Góra Moraska jest drugą co do wysokości górą w Wielkopolsce. Góra Moraska liczy sobie 154 m.n.p.m. Sam wierzchołek wzniesiony jest zaledwie o 50 - 60 metrów w stosunku do okalających ją terenów. To mało, spoglądając z pewnej odległości, praktycznie jej nie widać.

Byłem w tym rezerwacie już kilka razy i poza wszechobecnym lasem i kilkoma bajorami, powstałymi po uderzeniach fragmentów meteorytu, nic ciekawego tam nie znalazłem. Gryzła mnie jednak myśl o tym, że z Góry Moraskiej będę mógł zrobić zdjęcie podwieszanego mostu na Obornickiej. Wychowałem się w pobliży miejsca, gdzie rzeka Brda łączy się z kanałem bydgoskim i budowle takie jak mosty czy śluzy mają dla mnie szczególne znaczenie.
Wybrałem najkrótszą trasę - przez łąkę.

Po kilkunastu minutach dojechałem na Górę Morską. Niestety, gdziekolwiek nie spojrzałem było widać drzewa, zatem nici z fotografowania. Skierowałem się w stronę Suchego Lasu. Tam na zdjęciach satelitarnych widać było łąkę z której prawdopodobnie mógłbym zrobić wspomnianą wcześniej fotkę. Łąka okazała się polem. Polem, na którym rośnie żyto lub coś w tym stylu. Jak wiadomo, w życiu nie ma nić za darmo, dlatego chcąc nie chcą tłukłem się przez to żyto. Podróż rowerem przez żyto nie trwała jednak długo, wyperswadował mi ją miejscowy rolnik, wrzeszcząc coś niecenzuralnego i wymachując widłami. Zniesmaczony zawróciłem do Poznania, zwiedziłem jeszcze znajdujące się u podnóża góry osiedle i znalazłem świetny zjazd, gdzie można rozwinąć wręcz zabójcze prędkości (ograniczenie prędkości przemilczałem).

Podjazd jest bardzo ciężki i powolny, ale dzięki temu, że trzeba poruszać się z żółwią prędkością to jest szansa na zrobienie zdjęcia ...szybko przelatującej muchy.

Co ciekawe, znajdująca się na terenie rezerwatu Góra Moraska jest drugą co do wysokości górą w Wielkopolsce. Góra Moraska liczy sobie 154 m.n.p.m. Sam wierzchołek wzniesiony jest zaledwie o 50 - 60 metrów w stosunku do okalających ją terenów. To mało, spoglądając z pewnej odległości, praktycznie jej nie widać.

Byłem w tym rezerwacie już kilka razy i poza wszechobecnym lasem i kilkoma bajorami, powstałymi po uderzeniach fragmentów meteorytu, nic ciekawego tam nie znalazłem. Gryzła mnie jednak myśl o tym, że z Góry Moraskiej będę mógł zrobić zdjęcie podwieszanego mostu na Obornickiej. Wychowałem się w pobliży miejsca, gdzie rzeka Brda łączy się z kanałem bydgoskim i budowle takie jak mosty czy śluzy mają dla mnie szczególne znaczenie.
Wybrałem najkrótszą trasę - przez łąkę.

Po kilkunastu minutach dojechałem na Górę Morską. Niestety, gdziekolwiek nie spojrzałem było widać drzewa, zatem nici z fotografowania. Skierowałem się w stronę Suchego Lasu. Tam na zdjęciach satelitarnych widać było łąkę z której prawdopodobnie mógłbym zrobić wspomnianą wcześniej fotkę. Łąka okazała się polem. Polem, na którym rośnie żyto lub coś w tym stylu. Jak wiadomo, w życiu nie ma nić za darmo, dlatego chcąc nie chcą tłukłem się przez to żyto. Podróż rowerem przez żyto nie trwała jednak długo, wyperswadował mi ją miejscowy rolnik, wrzeszcząc coś niecenzuralnego i wymachując widłami. Zniesmaczony zawróciłem do Poznania, zwiedziłem jeszcze znajdujące się u podnóża góry osiedle i znalazłem świetny zjazd, gdzie można rozwinąć wręcz zabójcze prędkości (ograniczenie prędkości przemilczałem).

Podjazd jest bardzo ciężki i powolny, ale dzięki temu, że trzeba poruszać się z żółwią prędkością to jest szansa na zrobienie zdjęcia ...szybko przelatującej muchy.

niedziela, 10 maja 2009
Dziewicza Góra
Dziewicza Góra to najwyższe wzniesienie na terenie Puszczy Zielona. Wznosi się na wysokość 143m n.p.m. Wzniesienie nazywało się kiedyś Dziewcza Góra, potem z niewiadomych mi przyczyn ewoluowała do obecnej Dziewiczej Góry. Na szczycie góry znajduje się wieża obserwacyjna, która został postawiona na potrzeby ochrony przeciwpożarowej.
Korzystając z roweru i wyruszając mniej więcej z okolic Piątkowa, można dotrzeć do Dziewiczej Góry w niecałą godzinę. Trasa wiedzie przez most Lecha, Koziegłowy, a potem w kierunku Czerwonaka, skąd do celu jest już tylko rzut beretem. Można tak, ale większość tej trasy pokonuje się po ulicach. Lepiej założyć trochę więcej czasu i pojechać brzegiem Warty.
Wybrałem trasę nad brzegiem Warty.
Pierwszym ciekawym elementem na trasie jest most kolejowy. Pod mostem zawieszona jest lina, na której można się ostro bujnąć. Zdecydowanie nie polecam tej czynności, ponieważ pomimo pierwszych pozytywnych wrażeń z lotu to lądowanie może okazać się bolesne. W moim przypadku pierwszy lot zakończył się przyglebieniem plecami, przez co mam mieszane uczucia co do wykorzystania tej liny.

Następnie jedzie się po szutrowych drogach do momentu, kiedy zaczyna się las.
W lesie charakterystyka drogi zdecydowanie się zmienia. Staje się pagórkowata i mało turystyczna.

Jeśli nie jechało się wcześniej tą trasą to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Liczne rozjazdy i odchodzące ścieżki powodują, że zdarzają się wpadki w postaci wjechania na ślepą ścieżkę, zakończoną ogrodzonym polem. W innych miejscach trzeba wypatrywać ścieżki tam, gdzie jej na pierwszy rzut oka nie widać.

Dalej, jest już bardziej znośnie. Trzeba tylko uważać na szybko przelatujące zające, których na tym kawałku trasy jest ogromna ilość.

Dojechałem do Czerwonaka. Pierwszy raz zobaczyłem cel mojej podróży.

Pojechałem na wprost wieży. Teoretycznie wybrałem optymalną drogę, praktycznie kaszan, bo przed widocznymi wyżej domami jest strumyk na tyle szeroki, że trzeba dymać kilka kilometrów w lewo do mostu.
Granica Puszczy Zielonka. Do wieży na Dziewiczej Górze jest ok 3 km. Byłem praktycznie na miejscu, ale nie chciałem jechać po asfalcie, dlatego skręciłem w prawo, wybierając leśną drogę.

Kto pojedzie asfaltem ten zgrzeszy. A dlaczego? A dlatego, że Puszcza Zielona to genialne miejsce, powalone konary, strumyki, górki, skały i ogromna liczba zwierząt.
Jechałem sobie spokojnie ku górze, aż spotkałem na drodze duże zwierze i nie był to Jerzy Sztur spacerujący z wielbłądem, a oryginalny jeleń. Czteroletni, bo na głowie nosił poroże rozgałęzione w czterech miejscach. Stał taki wpatrzony we mnie i uciekł, dopiero gdy próbowałem wyciągnąć aparat. Taki swobodnie biegający jeleń robi naprawdę duże wrażenie. Nie tylko, że względu na swoje gabaryty, ale przede wszystkim przez dzikość i bystrość, która biła z jego oczu, a także pewien majestat i kunszt z jakim się porusza.
Dotarłem do wieży.

Na dole jest sklep, za parę groszy można wejść na górę.

Wieża jak jest każdy widzi. Można wejść na górę, zrobić fotę, kupić loda w sklepie i wrócić do Poznania. Tyle tylko, że straci się to co na tej górze najlepsze. Dziewicza Góra to zajebiste miejsce na szaleństwa na rowerze. Kilometrowe zjazdy po korzeniach, konarach z wyprofilowanymi zakrętami powodują, że po kilku zjazdach trzęsą się nogi, a poziom adrenaliny jest tak wysoki, że trudno ustać w miejscu.


sobota, 9 maja 2009
Dnia 07.05.2009
Obudził mnie budzik z komórki, tak głośny, że czułem jak przenika całe moje ciało. Spojrzałem na zegarek czekając na wyrok.

Winny! Trzeba wstawać, obiecałem sobie, że będę przychodził do pracy przed ósmą rano. Jeśli teraz bym się poddał to drugie takie postanowienie może już nie mieć tej mocy jak to. Każdy ruch sprawiał, że pulsujący ból w mojej głowie, stawał się nie tylko mocniejszy, ale też bardziej wyrachowany, atakując wszystkie słabe miejsca. Przegrywałem z bólem na każdej pozycji. Dowlokłem się do łazienki i zobaczyłem siebie w lustrze. Trudy wczorajszego bilarda było widać gołym okiem. Najwidoczniej było coś złośliwego w tych kilku piwach, które wczoraj wypiłem, no bo przecież nie było ich aż tak dużo ...chyba. Minuty mijały i w końcu udało mi się ogarnąć i wyjść do pracy. Pić! Wołało moje ciało i był to krzyk władczy i nietolerujący sprzeciwu. Wstąpiłem do pobliskiego warzywniaka i stanąłem w kolejce za babką, która nie mogła się zdecydować, czy kupić dwa pomidory czy może lepiej trzy. I tak przebiera w tej skrzynce przez ponad dziesięć minut. "Pani, ja tu ginę! Krzyczałem w myślach. Uzupełniłem płyny zaraz po wyjściu z warzywniaka i skierowałem się w kierunku przystanku autobusowego. Na przystanku stało sporo ludzi, więc wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus.

Przyspieszyłem kroku, chociaż już i tak się pogodziłem z tym co się stanie.

No tak. Zawsze mi spieprzy autobus, niezależnie od tego, o której wyjdę. Jakby czekał, aż pojawię się na drodze do przystanku i dopiero ruszał. Poczekałem na następny autobus i pojechałem. Przejechałem tylko dwa przystanki i musiałem wysiąść. Rozejrzałem się wokół, znalazłem śmietnik i wyrzuciłem ten worek ze śmieciami. Ruszyłem dalej w stronę pracy już bez przeszkód i niepotrzebnego balastu.
O 17'stej zameldowałem się u dentysty, a właściwie dentystki. Uwielbiam tą kobietę, ma niesamowite poczucie humoru i kompletnie niczym się nie krępuje, dlatego pobyt u niej to pomimo oczywistego dyskomfortu jest naprawdę miły i zabawny. Już na wejściu powiedziała to czego się obawiałem i co zawsze powtarza "Witam panie Tomku, pani Bożenko (asystentka) proszę przygotować znieczulenie, albo najlepiej dwa". I się cieszy :)
Usiadłem na fotelu, pani zaczęła coś tam robić i po chwili pyta bez kontekstu "Pan też jest daleka, co?" Odpowiedziałem, że nie, że jestem raczej z bliska. "Jest pan u mnie na fotelu, proszę się słuchać. Jak mówię, że jest pan z daleka to tak jest. Pani Bożenko, proszę zanotować w kartotece, że pacjent nie zgadza się z decyzjami lekarza" I znowu się cieszy. Po dłuższej chwili, kolejne pytanie.
Dentystka: "Włożyć panu gumę?"
Ja: "Jaką gumę?"
Dentystka: "No gumę, zrobić panu gumę?"
Ja: "A po co ta guma?"
Dentysta: "Fajna jest guma. Pani Bożenko, zrobimy panu gumę."
Okazało się, że guma to taki arkusz gumy z dziurą na ząb. Mocuje się go na specjalnym przyrządzie i rzeczywiście jest fajna bo wszystkie paprochy lecą na gumę, a nie do gardła. Leżałem plackiem na fotelu z gumą, sączkiem, okularach i przyrządem wkręconym w moje usta. Po chwili, kolejne pytanie, a właściwie rozkaz.
Dentystka: "Proszę mi podać to niebieskie co leży obok pana"
Szarpię się z całym tym sprzętem podpiętym do mnie, żeby podać to niebieskie coś. Patrze na dentystkę, a ona patrzy na mnie ucieszona.
Dentystka: "Żartowałam. Pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent zachowuje się właściwie i wykonuje rozkazy."
Leże dalej, już prawie godzinę.
Dentystka: "Pani Bożenko proszę tu szybko przyjść"
Dentystka: "Widzi pani?"
Bożenka: "Co?"
Dentystka: "Ten strach w oczach. Uwielbiam to."
I się znowu cieszy. Do drzwi zaczęli dobijać się pacjenci, którzy byli po mnie.
Dentystka: "Pani Bożenko, proszę poinformować pacjentów, że muszą trochę poczekać bo nam pacjent zemdlał"
Już widziałem te spojrzenia ludzi, gdy będę wychodzić. I te ich szydercze myśli "Taki duży chłopak, a mdleje u dentysty"".
Problem mojego zęba został rozwiązany o czym pani dentystka poinformowała mnie śpiewając.
Dentystka: Zabiłam byka cóż to dla mnie byk.....z byka krew sika,siku siku sik!
Mój pobyt przedłużał się. Dostałem kolejne kłopotliwe pytanie.
Dentystka: "Chce pan Fuji?"
Ja: "co?"
Dentystka: No, czy chce pan Fuji"
Ja: "A co to jest?"
Dentysta: "Boże, pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent przychodzi na wizyty nieprzygotowany."
Pani dentystka szalała, ze śmiechu.
Dostałem Fuji. W końcu mnie wypuściła, przemknąłem przed ludźmi w poczekalni słysząc ich myśli "Patrz, to ten co zemdlał". Generalnie było fajnie bo śmiechu było tyle, że zapomniałem o bólu i problemie jaki miałem.
Wróciłem do pracy. Zbliżała się 21'wsza, więc czas było pojechać do mieszkania. Po drodze wstąpiłem do Chaty Polskiej po zakupy, kupiłem jakieś bzdury i poszedłem spacerkiem do mieszkania. Dopiero w mieszkaniu miały ujawnić się efekty przemęczenia i setek myśli, które przewinęły się przez moją głowę w ostatnim tygodniu.
Gdy wracałem z tej Chaty Polskiej to zwróciłem uwagę, na spojrzenia mijających mnie osób. Tak się złożyło, że były to same dziewczyny, więc zacząłem sobie nawet trochę wlewać, że może zmężniałem albo coś. Otóż nie. Położyłem wszystko na stole i doznałem olśnienia. Przytaszczyłem zakupy ...razem z koszykiem. Osobisty dramat. Po chwili przyszła Asia, spojrzała na koszyk i nawet nie komentowała. Ucieszona, dobiła mnie ostatecznie ..."Tomek, to chyba nie najlepszy moment ale syfon do końca odpadł i nie ma gdzie naczyń myć.".
Cóż, mam koszyk, ale chyba czas odpocząć ...i jeszcze ten cholerny syfon.


Winny! Trzeba wstawać, obiecałem sobie, że będę przychodził do pracy przed ósmą rano. Jeśli teraz bym się poddał to drugie takie postanowienie może już nie mieć tej mocy jak to. Każdy ruch sprawiał, że pulsujący ból w mojej głowie, stawał się nie tylko mocniejszy, ale też bardziej wyrachowany, atakując wszystkie słabe miejsca. Przegrywałem z bólem na każdej pozycji. Dowlokłem się do łazienki i zobaczyłem siebie w lustrze. Trudy wczorajszego bilarda było widać gołym okiem. Najwidoczniej było coś złośliwego w tych kilku piwach, które wczoraj wypiłem, no bo przecież nie było ich aż tak dużo ...chyba. Minuty mijały i w końcu udało mi się ogarnąć i wyjść do pracy. Pić! Wołało moje ciało i był to krzyk władczy i nietolerujący sprzeciwu. Wstąpiłem do pobliskiego warzywniaka i stanąłem w kolejce za babką, która nie mogła się zdecydować, czy kupić dwa pomidory czy może lepiej trzy. I tak przebiera w tej skrzynce przez ponad dziesięć minut. "Pani, ja tu ginę! Krzyczałem w myślach. Uzupełniłem płyny zaraz po wyjściu z warzywniaka i skierowałem się w kierunku przystanku autobusowego. Na przystanku stało sporo ludzi, więc wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus.

Przyspieszyłem kroku, chociaż już i tak się pogodziłem z tym co się stanie.

No tak. Zawsze mi spieprzy autobus, niezależnie od tego, o której wyjdę. Jakby czekał, aż pojawię się na drodze do przystanku i dopiero ruszał. Poczekałem na następny autobus i pojechałem. Przejechałem tylko dwa przystanki i musiałem wysiąść. Rozejrzałem się wokół, znalazłem śmietnik i wyrzuciłem ten worek ze śmieciami. Ruszyłem dalej w stronę pracy już bez przeszkód i niepotrzebnego balastu.
O 17'stej zameldowałem się u dentysty, a właściwie dentystki. Uwielbiam tą kobietę, ma niesamowite poczucie humoru i kompletnie niczym się nie krępuje, dlatego pobyt u niej to pomimo oczywistego dyskomfortu jest naprawdę miły i zabawny. Już na wejściu powiedziała to czego się obawiałem i co zawsze powtarza "Witam panie Tomku, pani Bożenko (asystentka) proszę przygotować znieczulenie, albo najlepiej dwa". I się cieszy :)
Usiadłem na fotelu, pani zaczęła coś tam robić i po chwili pyta bez kontekstu "Pan też jest daleka, co?" Odpowiedziałem, że nie, że jestem raczej z bliska. "Jest pan u mnie na fotelu, proszę się słuchać. Jak mówię, że jest pan z daleka to tak jest. Pani Bożenko, proszę zanotować w kartotece, że pacjent nie zgadza się z decyzjami lekarza" I znowu się cieszy. Po dłuższej chwili, kolejne pytanie.
Dentystka: "Włożyć panu gumę?"
Ja: "Jaką gumę?"
Dentystka: "No gumę, zrobić panu gumę?"
Ja: "A po co ta guma?"
Dentysta: "Fajna jest guma. Pani Bożenko, zrobimy panu gumę."
Okazało się, że guma to taki arkusz gumy z dziurą na ząb. Mocuje się go na specjalnym przyrządzie i rzeczywiście jest fajna bo wszystkie paprochy lecą na gumę, a nie do gardła. Leżałem plackiem na fotelu z gumą, sączkiem, okularach i przyrządem wkręconym w moje usta. Po chwili, kolejne pytanie, a właściwie rozkaz.
Dentystka: "Proszę mi podać to niebieskie co leży obok pana"
Szarpię się z całym tym sprzętem podpiętym do mnie, żeby podać to niebieskie coś. Patrze na dentystkę, a ona patrzy na mnie ucieszona.
Dentystka: "Żartowałam. Pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent zachowuje się właściwie i wykonuje rozkazy."
Leże dalej, już prawie godzinę.
Dentystka: "Pani Bożenko proszę tu szybko przyjść"
Dentystka: "Widzi pani?"
Bożenka: "Co?"
Dentystka: "Ten strach w oczach. Uwielbiam to."
I się znowu cieszy. Do drzwi zaczęli dobijać się pacjenci, którzy byli po mnie.
Dentystka: "Pani Bożenko, proszę poinformować pacjentów, że muszą trochę poczekać bo nam pacjent zemdlał"
Już widziałem te spojrzenia ludzi, gdy będę wychodzić. I te ich szydercze myśli "Taki duży chłopak, a mdleje u dentysty"".
Problem mojego zęba został rozwiązany o czym pani dentystka poinformowała mnie śpiewając.
Dentystka: Zabiłam byka cóż to dla mnie byk.....z byka krew sika,siku siku sik!
Mój pobyt przedłużał się. Dostałem kolejne kłopotliwe pytanie.
Dentystka: "Chce pan Fuji?"
Ja: "co?"
Dentystka: No, czy chce pan Fuji"
Ja: "A co to jest?"
Dentysta: "Boże, pani Bożenko proszę zanotować w kartotece, że pacjent przychodzi na wizyty nieprzygotowany."
Pani dentystka szalała, ze śmiechu.
Dostałem Fuji. W końcu mnie wypuściła, przemknąłem przed ludźmi w poczekalni słysząc ich myśli "Patrz, to ten co zemdlał". Generalnie było fajnie bo śmiechu było tyle, że zapomniałem o bólu i problemie jaki miałem.
Wróciłem do pracy. Zbliżała się 21'wsza, więc czas było pojechać do mieszkania. Po drodze wstąpiłem do Chaty Polskiej po zakupy, kupiłem jakieś bzdury i poszedłem spacerkiem do mieszkania. Dopiero w mieszkaniu miały ujawnić się efekty przemęczenia i setek myśli, które przewinęły się przez moją głowę w ostatnim tygodniu.
Gdy wracałem z tej Chaty Polskiej to zwróciłem uwagę, na spojrzenia mijających mnie osób. Tak się złożyło, że były to same dziewczyny, więc zacząłem sobie nawet trochę wlewać, że może zmężniałem albo coś. Otóż nie. Położyłem wszystko na stole i doznałem olśnienia. Przytaszczyłem zakupy ...razem z koszykiem. Osobisty dramat. Po chwili przyszła Asia, spojrzała na koszyk i nawet nie komentowała. Ucieszona, dobiła mnie ostatecznie ..."Tomek, to chyba nie najlepszy moment ale syfon do końca odpadł i nie ma gdzie naczyń myć.".
Cóż, mam koszyk, ale chyba czas odpocząć ...i jeszcze ten cholerny syfon.

Subskrybuj:
Posty (Atom)